niedziela, 11 stycznia 2015

Fińskie wspomnienia

Tydzień temu wróciłam do Polski, a czuję się jakby to było wieku temu. Zanim jednak szara rzeczywistość całkowicie porwie mnie w swoje oślizgłe macki, podzielę się tu częścią wspomnień z zimowego pobytu w tej (podobno) ciemnej i zimnej krainie.
Podróż z mojej podkrakowskiej miejscowości do miasta rodzinnego mojego Skarba, choć długa i męcząca, to dokładnie zaplanowana wydawała się perfekcyjnie przygotowaną wyprawą. Niestety, planując podróż nie jestem w stanie przewidzieć absolutnie wszystkich niespodzianek czyhających na mnie w najmniej spodziewanych miejscach. Bo jak już wielokrotnie przekonałam się na własnej skórze, nawet jeżeli wszystko dopracuję w najdrobniejszych szczegółach, moje życiowe "szczęście" zawsze zaserwuje mi deser pełen wrażeń, niekoniecznie pozytywnych. Tak też było i tym razem. Pobudka o 4:00, wrzucenie ostatnich rzeczy do walizki, sprawdzenie wszystkiego i wyjazd do Krakowa z tatą poszły gładko. Szybko znaleźliśmy dworzec autobusowy i właściwe miejsce, na którym miał się stawić autobus. 10 min przed przyjazdem Polskiego Busa wybrałam się na "małe siku". I tu zaczyna się przygoda. Trzeba było zobaczyć moją minę, kiedy w toalecie zorientowałam się, że zamek w mojej kurtce jest totalnie rozjechany i w żaden sposób nie mogę go zapiąć! Teraz się śmieję, ale wierzcie mi, w pierwszym odruchu nie wiedziałam czy śmiać się, czy płakać. Nie było czasu na nic, trzeba było jechać do Finlandii w środku zimy z zepsutym zamkiem w kurtce. Zdołowana dojechałam do Warszawy, gdzie musiałam zacisnąć zęby (i zatrzaski w kurtce chroniące nieszczęsny zamek), wziąć walizę i dostać się na lotnisko. Wszystko łącznie z dojazdem do stolicy poszło błyskawicznie i już w południe byłam na Okęciu. Tym sposobem zdążyłabym na lot do Helsinek o 13:05, ale w październiku, kiedy kupowałam bilety, nawet nie śmiałabym przypuszczać, że tak szybko zdołam dotrzeć na miejsce..? Mój lot był o 18:50, więc musiałam uzbroić się w cierpliwość i czekać. Czas upłynął nawet szybko dzięki rozmowom z rodziną i ze Skarbem, który od razu zarządził, że następnego dnia pojedziemy na zakupy po nową kurtkę. Nie muszę chyba mówić, że z tym rozwalonym zamkiem czułam się jak ostatnia niedojda? Na szczęście Skarb wiedział co zrobić, żebym poczuła się lepiej :)
Lot minął spokojnie, choć dłużył się niemiłosiernie, zupełnie jak za pierwszym razem kiedy leciałam do K. Na lotnisku czekał na mnie Skarb z rodzicami, co było bardzo miłe z ich strony, że chcieli i przyjechali razem, mimo że było późno, a droga długa i niebezpieczna. Zawsze uwielbiam ten moment, kiedy widzimy się pierwszy raz po kilku miesiącach, zawsze ogarnia mnie to ciepło jak wtedy kiedy pierwszy raz przyleciał do Polski i zobaczyliśmy się na lotnisku :) Był późny wieczór kiedy dotarliśmy do domu, więc zdążyliśmy tylko trochę porozmawiać z rodzicami, nacieszyć się sobą, wziąć prysznic i iść spać. To był dzień pełen wrażeń, dla nas szczególnie ważny, bo właśnie wtedy minęło 5 lat od pamiętnego dnia, kiedy Skarb postanowił do mnie napisać :) 
Pierwszego dnia, tj. w sobotę, zgodnie z obietnicą pojechaliśmy na zakupy i udało nam się kupić świetną kurtkę. Teraz już mogliśmy bez problemu cieszyć się urokami fińskiej zimy, zwiedzać i chodzić na spacery.
 Na przykład z miniaturowym niedźwiedziem ;)
W niedzielę wybraliśmy się z mamą K. do Helsinek. Pojechaliśmy do największego fińskiego zoo, znajdującego się na wyspie Korkeasaari. Miejsce świetne, wyglądające jak ogród (albo raczej park) zoologiczny z prawdziwego zdarzenia. Nie ma czegoś takiego, że klatki biegną jedna za drugą, odgrodzone wąskimi alejkami. Atmosfera sprzyja zwiedzaniu i obserwowaniu zwierząt i z przyjemnością jeszcze kiedyś odwiedzimy to miejsce, najlepiej latem. Po opuszczeniu wyspy poszliśmy na szybki obiad i zwiedzanie miasta. Było wspaniale, temperatura -10, padający śnieg, i świąteczne dekoracje sprawiły, że miasto wyglądało naprawdę bajkowo :) 
W końcu zobaczyłam katedrę luterańską, tak długo podziwianą przeze mnie na zdjęciach. Zdziwiło mnie jak ogromny jest ten budynek, spodziewałam się czegoś dużo mniejszego. Co ciekawe, mimo swojej majestatyczności, w pewien sposób nadal pozostaje skromny.

Na powyższym zdjęciu widać jak potężne są same kolumny. To zabawne, ale kiedy miałam jakieś 13-14 lat obiecałam sobie, że w ciągu najbliższych 20 lat dotknę wszystkich kolumn helsińskiego Tuomiokirkko. Takie małe, dziecięce marzenie, o którym ze śmiechem wspomniałam K. i jego mamie, na co oni z pełną powagą stwierdzili "Na co czekasz? Wskakuj na schody i dotknij jednej symbolicznie!". Ot, i stało się :) Dowód na to, że nawet tych pozornie błahych, dziecięcych marzeń nie wolno lekceważyć, bo nigdy nie wiadomo co szykuje dla nas los :)
W poniedziałek stwierdziliśmy, że pora wracać do Tampere, w środę Skarb musiał iść do pracy na kilka godzin, a nie chcieliśmy wracać do mieszkania w ostatniej chwili. Zdecydowaliśmy, że jeden luźny dzień przed Sylwestrem dobrze nam zrobi. Rano pojechaliśmy do miejscowości Iittala, która słynie z produkcji fińskiej ceramiki. Odwiedziliśmy kilka sklepów z zachwycającymi wyrobami, zrobiliśmy drobne zakupy, zjedliśmy obiad na mieście i powoli musieliśmy się pakować przed wieczornym wyjazdem do Tampere.
Tutaj na Skarba czekał jeszcze jeden drobny prezent-niespodzianka. Jako że uwielbia dżemy Łowicz i zawsze jemy je w Polsce, postanowiłam przywieźć mu trochę mojego kraju na Święta. Nie pisnęłam mu jednak o tym ani słowa, tylko kiedy przyjechaliśmy do Tampere i Skarb zniknął na chwilkę w łazience, ułożyłam słoiki na półce w lodówce. Tak się złożyło, że akurat wróciliśmy z zakupów i kiedy je rozpakowywaliśmy, poprosiłam go żeby układał wszystko w lodówce. Bałam się, że nie zauważy, ale niepotrzebnie - jak tylko otworzył lodówkę aż zapiszczał z radości :D Serio, stosunek mężczyzn do jedzenia jest zadziwiający :D Zaraz musiał zrobić zdjęcie i posłać mamie, bo okazało się, że chwalił polskie produkty przed rodzicami :D
Kolejne dni upłynęły nam spokojnie, wspólnie gotowaliśmy, spacerowaliśmy i cieszyliśmy się sobą ile mogliśmy. Ani się obejrzeliśmy, a rok 2014 dobiegł końca. Sylwester był wyjątkowy nie tylko ze względu na wydarzenia, ale też kulturę kraju. Praktycznie dzień nie różni się niczym od normalnego dnia roboczego, wszystko jednak się zmienia ok. 18, kiedy dozwolone jest puszczanie fajerwerków - ludzie wychodzą całymi rodzinami na boiska i inne otwarte przestrzenie, palą zimne ognie i puszczają fajerwerki. Szczególnie korzystają na tym rodziny z dziećmi, które do północy nie wytrzymują, a koniecznie chcą zobaczyć sztuczne ognie. Skarb chciał kupić fajerwerki, ale głupia mu nie pozwoliłam, bo bałam się, że coś mu się stanie przy odpalaniu (tak, wiem, czasami jestem nadopiekuńcza), ale postawiliśmy na kompromis i zaopatrzyliśmy się w zimne ognie. Wieczorem poszliśmy z nimi na spacer po okolicy, dotarliśmy do pobliskiego boiska gdzie było już parę rodzin i ze śmiechem stwierdziliśmy, że dwulatki biegają z takimi samymi zimnymi ogniami :D No cóż, na upragnione fajerwerki będzie musiał poczekać do przyszłego roku ;) Po 22. pojechaliśmy do centrum miasta. W tym roku Tampere było głównym organizatorem pokazu sztucznych ogni i imprez w kraju. Na miejsce dotarliśmy z godzinnym zapasem czasu, więc zdecydowaliśmy pochodzić po okolicy, żeby za bardzo nie zmarznąć.
O północy rozpoczął się główny pokaz i to naprawdę było COŚ. Poniżej wrzucam filmik znaleziony na youtube:
Polecam oglądać w HD na pełnym ekranie ;)
Po fajerwerkach ruszyliśmy na miasto i w tłumie wpadliśmy na przyjaciół K, z którymi poszliśmy potem do baru. Na rynku jeszcze zdążyliśmy wypić wino musujące, które chcąc szybko zmrozić włożyli wcześniej do zamrażalnika, przez co piana była dobrze... zamrożona :D Ogólnie towarzystwo było w szampańskim nastroju i naprawdę z szerokim uśmiechem na twarzy wspominam tamto spotkanie :D Do mieszkania wróciliśmy między 2 a 3, wzięliśmy szybki prysznic i padliśmy.
Następnego dnia poszliśmy na miasto. W końcu udało nam się wejść do kościoła Aleksandra, który do tej pory mogliśmy podziwiać tylko z zewnątrz. Takie już mamy szczęście do kościołów ;)

Po wizycie w kościele zrobiliśmy samochodem rundkę po mieście, wstąpiliśmy na wieżę widokową Pyynikki, z której rozciągał się przepiękny widok. Niestety, zdjęcia nie oddają tych widoków.
Pierwsze patrzyliśmy przez okna, ale zdecydowaliśmy się zaryzykować i wyjść na taras widokowy. Jak widać poniżej, pomysł był świetny, wykonanie - jak zwykle. Ciężko się pozuje na jakiś 150 m n.p.m, przy temperaturze minus nie-wiadomo-ile i lodowatym wietrze praktycznie zwalającym z nóg ;D
Sami więc rozumiecie, że po takim wyczynie musieliśmy wpisać się do księgi pamiątkowej ;)
W sobotę mama K. przyjechała do Tampere, spędziliśmy razem czas i wieczorem pojechaliśmy do Hämeenlinny. Tam kolacja, pakowanie, rano podróż do Helsinek i rozstanie na kilka kolejnych miesięcy...