czwartek, 26 marca 2015

Wiosenne porządki w życiu i kilka słów o związku na odległość z obcokrajowcem

Uff! Piszę na szybko, bo znowu wszystko mnie goni, ale po prostu muszę na moment odsapnąć i przestać ślęczeć w książkach. Ostatni tydzień przyniósł wiele zmian, głównie pozytywnych, co bardzo mnie cieszy. Wysypka wspomniana w poprzednim poście odeszła już w zapomnienie, zgodnie z ostrzeżeniem pani doktor, zostały tylko drobne blizny, które za jakiś czas powinny całkiem zniknąć. Zrobiłam też badania okulistyczne i po kilku latach przerzuciłam się z soczewek kontaktowych na okulary. Coś czuję, że to była bardzo dobra decyzja i oczy są mi wdzięczne ;) Na studiach "załatwiłam" też kilka prezentacji i mam nadzieję, że przez jakiś czas będę mogła w spokoju skupić się na masie innych rzeczy do zrobienia na zaliczenia. Co więcej, wszystkie propozycje tematów na projekty zostały zaakceptowane i mogę brać się do pracy. Czas biegnie jak szalony, zieleń trawy powoli robi się coraz bardziej soczysta, ptaki głośniej świergolą, a niebo jakieś bardziej niebieskie i czystsze, w ogóle szał :)
Z głośników Ed Sheeran prosi, żeby pocałować go pod blaskiem tysiąca gwiazd, a ja się cieszę jak szalona. No w sumie mam swoje powody, wiosna powoli pojawia się na horyzoncie i z każdym dniem jesteśmy coraz bliżej lata, a w lecie przyleci mój Skarb :) Brak mi słów by wyrazić tą radość i podekscytowanie na jego przyjazd :) Wiele osób mogłoby zarzucić, że co to za związek, widujemy się rzadko, nawet poznać się dobrze nie możemy. Bzdura! Uważam, że związki na odległość mają to do siebie, że owszem, może nie da się randkować kilka razy w tygodniu, ale z drugiej strony - co takie wychodzenie na parę godzin da? Z K., mimo odległości, jesteśmy w stałym kontakcie, w ciągu dnia na WhatsApp, a wieczorem na Skype, a kiedy raz na jakiś czas zdarzy się, że któreś nie da rady wieczorem być na Skype, zostaje WhatsApp. Zawsze, bez wyjątku. K. pisze do mnie nawet kiedy jest na piwie z przyjaciółmi albo na koncercie, tak jak było w miniony czwartek :) Oboje wiemy kiedy druga osoba się budzi, co robi, jak się czuje, gdzie jest, kiedy idzie spać, a często nawet co je i jak jest ubrana. Będąc na odległość dużą rolę odgrywa rozmowa, szczera rozmowa. I właśnie dlatego tak dobrze można poznać drugą osobę. Nic nie rozprasza, ludzie skupiają się na tym co czują i co chcą powiedzieć. Tak to wygląda przynajmniej u nas. A kiedy już się spotykamy, może ze względów logistycznych jest to raz na jakiś czas, ale za każdym razem jesteśmy ze sobą minimum tydzień i spędzamy razem 24godz/dobę. I każdego dnia jesteśmy sobie coraz bliżsi :)

Kończę czymś z zupełnie innej beczki - ostatnio głośno było o zaćmieniu słońca. Szczęśliwie miałam okazję tego dnia skończyć zajęcia wcześniej i poobserwować niesamowite zjawisko. Akurat wracałam wtedy z zajęć i postanowiłam je "uwiecznić". Jako że pod ręką miałam tylko telefon, "uwieczniło się" epickie zdjęcie:
Zdjęcie robiłam "na czuja", bo nie miałam żadnej ochrony na oczy, w związku z czym nie chciałam patrzeć bezpośrednio na słońce. Efekt końcowy mnie rozbawił, ale musicie przyznać, że jest w nim coś kosmicznego :D
Ja już uciekam, projekty mnie gonią ;) Trzymajcie się!

niedziela, 15 marca 2015

Studenckie życie

To już powoli staje się moim nawykiem, że kiedy wracam do Krakowa kupuję mleko czekoladowe w kartoniku, przychodzę do mieszkania i sączę je sobie przez słomkę. To chyba w ramach ekspresowego relaksu zamiast popołudniowego kubka kawy.
Jestem, żyję, ale ledwo.
Zaczyna się dopiero czwarty tydzień nowego semestru, a ja już niemal zamieszkałam w instytutowej bibliotece. Prezentacji i projektów od cholery, że tak powiem. Prace zaliczeniowe na historię USA i historię Wysp Brytyjskich miażdżą, a do tego dochodzi superbzdurny projekt na dydaktykę, gdzie mamy nagrać filmiki edukacyjne. Serio? Ja się naprawdę napaliłam, że ktoś mi wyjaśni jak uczyć na III i IV poziomie edukacyjnym, a tu się okazuje, że trzeba biegać z kamerą po mieście. Cała nadzieja w wykładach, które o dziwo wydają się sensowne. Tak to jest jak trafi się na prowadzącego ćwiczenia ze stosunkowo niewymagającego przedmiotu, który (prowadzący, nie przedmiot) jest nerdem i wszystko potrafi sprowadzić do pracy z komputerem. OK, może sama idea wydaje się cool i zabawna, ale wierzcie mi, przestaje taka być kiedy nad głową wiszą jeszcze terminy dziesięciu innych prezentacji, zadań domowych i projektów zaliczeniowych. Wspominałam już o pisaniu pracy magisterskiej?
Wszystkie stresy związane ze studiami sprawiły, że w ostatnim czasie podupadłam na zdrowiu. I nie chodzi mi tu o marne przeziębienie spowodowane spadkiem odporności i wahaniami pogodowymi. Nie, mnie nie trzymają się takie drobne choroby, jak się rozkładam to już konkretnie. Dopadło mnie coś bardzo podobnego do półpaśca, w rezultacie od tygodnia jestem na dwóch rodzajach tabletek i maści. Na szczęście wysypka ładnie się goi i blednie. A mnie już nic nie boli. Zbyt komfortowe to nie było, ale zrobiłam sobie przy okazji morfologię i wyniki wyszły podręcznikowo, więc źle ze mną nie jest. Jutro czeka mnie jeszcze badanie wzroku, jak już biegam po lekarzach, to po wszystkich, a co! ;) Uciekam już do książek i notatek, w tym tygodniu czeka mnie jedna duża prezentacja, za tydzień kolejna, a później trzeba już będzie ostro ruszyć ze wspomnianymi projektami. Z projektem na jeden przedmiot dostałam już zielone światło, teraz czekam na akceptację proponowanego tematu na drugi projekt, więc wszelkie wsparcie duchowe mile widziane ;)
Trzymajcie się ciepło i do zobaczenia (mam nadzieję) już niebawem!

niedziela, 1 marca 2015

Weekendowo, rocznicowo, niespodziankowo

Jak za starych dobrych czasów, w piątek spakowałam plecak i wyruszyłam do domu. Pierwszy tydzień zajęć był... dziwny. Dużo się dzieje, a ja jakoś nie mogę złapać rytmu uczelnianego. Nowy semestr, nowe przedmioty, wykładowcy, wymagania, które niektórzy chyba wzięli z kosmosu - ze wszystkim od nowa trzeba się oswoić, a na dodatek dochodzi nowe mieszkanie, do czego też muszę się przyzwyczaić. Jedyny constans to mój Skarb i rodzina. 
Przy okazji zajęć zdałam sobie sprawę, że jak najszybciej muszę zbadać wzrok, co mam nadzieję uda mi się dopiąć w tym tygodniu. Możliwe, że dam oczom odpocząć od soczewek kontaktowych, które noszę od 6ciu lat i przerzucę się na okulary. Mam tylko nadzieję, że wada wzroku nie pogłębiła się drastycznie od ostatniego badania.
Weekend, jak to weekend, minął mi błyskawicznie i teraz już jestem w Krakowie. Właśnie wróciłam z drobnych zakupów spożywczych, sączę sobie mleko czekoladowe i słucham jak sąsiedzi na górze odkurzają. Heh, a dokładnie tydzień temu zastanawiałyśmy się ze współlokatorką czy wypada nam wynieść śmieci, tym samym łamiąc zasadę święcenia dnia Świętego ;)

Wczoraj rano dostałam telefon z firmy kurierskiej z pytaniem w jakich godzinach jestem w domu, bo chcieliby dostarczyć przesyłkę. Już miałam mówić, że niczego nie zamawiałam, ale nagle mnie oświeciło: dom, rocznica, kurier-niespodzianka - od razu skojarzyłam, że za tym musi stać nie kto inny niż mój Skarb. Kilka godzin później na progu czekał posłaniec z bukietem kwiatów i kartką. Cholera, a mówił, że w tym roku nic nie wysyłał na naszą rocznicę, bo nie znał adresu nowego mieszkania ani mojego nowego harmonogramu zajęć, a sama znałam zasadę Skarba, że jeżeli jakieś święto jest w dany dzień, to w ten dzień przesyłka ma być dostarczona. No i uwierzyłam, że nic nie kombinował :) Ech, mężczyźni...
Wiem, że żyjemy tymczasowo w związku na odległość i nie możemy spędzać czasu razem, jak "normalne" pary i iść do kina albo na kolację, po prostu spędzić Nasze Święto razem. I właśnie takie rzeczy pozwalają mi poczuć się tak, jakby On był blisko, na wyciągnięcie ręki, a nie oddalony o parę tysięcy kilometrów. Ja dla Skarba przygotowałam album ze zdjęciami z naszych wszystkich wspólnych wycieczek. Przez jakieś 4 godziny wkleiłam ok. 120 zdjęć, wspominając czas spędzony razem. Album jest duży, celowo taki kupiłam, żeby było miejsce na ciąg dalszy :) Kiedy się spotkamy, razem zrobimy podpisy i komentarze do tych zdjęć, które już się w nim znajdują. Na pomysł takiego prezentu wpadłam już w lecie minionego roku, kiedy Skarb zaczął marudzić, że powoli zaczyna się gubić co gdzie i kiedy robiliśmy. Voilà - teraz już mamy swoją małą "kronikę". Ach, zapomniałam dodać, że do albumu wkleiłam też zachowane bilety z różnych miejsc, a nawet karty pokładowe z samolotów :D Ciekawie będzie tworzyć go dalej i wrócić do niego za 5, 10 lat :)