niedziela, 30 listopada 2014

listopadowa cisza

Zaskakujące jak życie może zmienić się na przestrzeni kilku dni. Człowiek żyje sobie z dnia na dzień, bardziej lub mniej spokojnie, planuje i nagle wszystkie te plany biorą w łeb. Jeżeli dokładnie śledzicie mój blog wiecie, że do tej pory kursowałam między domem rodzinnym, gdzie w weekendy daję korepetycje, a Krakowem, gdzie w tygodniu studiuję. Od początku studiów mieszkałam u starszej pani na stancji, co dziwiło 95% osób, z którymi podczas rozmów były poruszane kwestie mieszkaniowe. Sytuacja budziła niemałą ciekawość jak takie życie wygląda, "przecież w takim układzie wolno mi mniej niż mieszkając z rodzicami". Pytania o ewentualne konflikty pokoleń, dogadywanie się i wzajemną tolerancję powtarzały się przy każdej wzmiance o mieszkaniu. Odpowiedź pozostawała ta sama: mieszkało się razem wspaniale. Osobne pokoje, domowa, ciepła atmosfera, odpowiedni stopień prywatności, "nieinwazyjne" zachowanie obu stron, układ wręcz idealny. To w sumie było całkiem zrozumiałe, gdyby coś mi nie odpowiadało nie spędziłabym w tym mieszkaniu kilku lat. Fakt, nie każdemu coś takiego by pasowało, ale ja sama jestem osobą niekonfliktową, nie mam wygórowanych wymagań poza cywilizowanymi warunkami, spokojem do nauki i "robienia swojego". Było dobrze. Było. Aż do zeszłego tygodnia, kiedy pani J. poszła na operację. Przez tydzień nie było wiadomo co się dzieje, w czwartek rano uzgodniłyśmy z sąsiadką, że po zajęciach zadzwonię do pani J. i dowiem się jak operacja. Kilka godzin później, kiedy otwierałam drzwi do mieszkania, sąsiadka znowu mnie złapała. Od razu zaczęłam mówić, że za moment zadzwonię, kiedy mi przerwała i powiedziała słowa, których szczerze nienawidzę. "Już nie trzeba. J. zmarła wczoraj wieczorem, serce nie wytrzymało". Zmroziło mnie. Nie mogło i nadal ledwo do mnie dociera, że osoba, mimo wieku i swoich problemów, tak młoda duchem, odeszła. Tak nagle. Pozostało puste mieszkanie, ulubiony fotel przed telewizorem, telefon, przez który prowadziła wielogodzinne rozmowy z koleżankami, kosmetyki w łazience i otwarty sok malinowy w kuchni. I ogromna pustka w sercu. Nie przypuszczałam, że zdążyłam się tak przywiązać do tej, bądź co bądź, obcej osoby przez ostatnie kilka lat. Weszłam do swojego pokoju i nic nie byłam w stanie zrobić. Potem poszło już szybko, wpadła córka pani J. ze swoim mężem i oznajmili, że "no w zaistniałej sytuacji muszą ze mnie zrezygnować". Uzgodniliśmy, że jakoś się zorganizuję i do 7go grudnia opuszczę mieszkanie. Wróciłam do siebie, oszołomiona, w środku trzęsłam się jak galareta i zupełnie nie wiedziałam co robić. Dopiero rozmowa ze Skarbem mnie uspokoiła. To niesamowite, że on zawsze wie jak zareagować i czego w danym momencie potrzebuję. Co więcej, jego sposoby zawsze niezawodnie działają. Tak też było tym razem, kilkuminutowa rozmowa wystarczyła, żebym się opanowała, przestała płakać i zaczęła działać. Postanowiłam, że jeszcze tego samego dnia spakuję najpotrzebniejsze rzeczy i pojadę do domu. Nie chciałam zostać w jej mieszkaniu. Dopiero po rozmowie ze Skarbem zadzwoniłam do rodziców i powiedziałam co się stało. Okazało się, że dadzą radę po mnie przyjechać, więc wszystkie rzeczy mogliśmy zabrać jeszcze tego samego dnia. Tak też zrobiłam. Oszołomiona i kompletnie wyczerpana, już w czwartek wieczorem wylądowałam w domu ze wszystkimi bambetlami. Sen pomógł. Przestałam ciągle rozpamiętywać, z dnia na dzień jest lepiej. Rozmyślanie o mieszkaniu na razie odwieszam na haczyk. Możliwe, że dopiero na drugi semestr będę czegoś szukać. Bez ciśnienia, wrzucam na luz. Najważniejsze są studia. A dojeżdżając na uczelnię busem mam czas, żeby czytać, na co zwykle brakuje mi paru dodatkowych godzin w dobie. Grudzień na uczelni zleci błyskawicznie, później wyjeżdżam do Skarba, w styczniu końcówka zajęć i przygotowywania do lutowej sesji. Nad tym trzeba się teraz skupić. Będzie dobrze.

środa, 19 listopada 2014

Sposób na brwi - RefectoCil

Zawsze uważałam, że brwi i oczy są bardzo ważnym elementem twarzy. To właśnie one, skuteczniej niż słowa, potrafią przekazać innym nasze emocje i uczucia. Ile razy słyszymy, że ktoś ma iskierki w oczach lub że komuś "dobrze z oczu patrzy". O ile samego wyrazu naszego spojrzenia nie da się zmienić, pokombinować możemy jedynie z ogólnym wyglądem oczu i użyć różnych trików makijażowych, żeby np. optycznie powiększyć oczy, nadać im wyraz lub, jak niektórzy trafnie określają - CHARAKTER. Charakter można też wyrazić za pomocą brwi i na tym chcę się dziś skupić.

sobota, 15 listopada 2014

Posturodzinowo

Przedwczoraj świętowałam swoje urodziny. OK, w tym przypadku "świętowałam" to zdecydowanie za dużo powiedziane, biorąc pod uwagę fakt, że to był czwartek, a czwartek to dla mnie najbardziej morderczy dzień tygodnia. Dlaczego? Dlatego, że przez zajęciowe combo siedzę w instytucie od rana do 18 bez przerwy. No ale nie o tym miało być. Pamiętam ten dzień z poprzedniego roku. Było smutno, niepewnie i samotnie. W tym roku zupełnie inaczej - może też dzięki zabieganiu na uczelni właśnie ;) A wszystko zaczęło się od "gróźb" śpiewania Happy Birthday na seminarium :D Tak, zdecydowanie było cieplej, radośniej i jakoś tak bardziej rodzinnie niż rok temu. Dzień był wypełniony śmiechem, ściskaniem, życzeniami i szczęściem, zarówno na uczelni jak i w domu. Była też pewna romantyczna niespodzianka od Skarba, który baardzo mile mnie zaskoczył :) Kolejny raz :) Teraz biję się w klatę i żałuję, że ośmieliłam się myśleć, że zapomniał... 
Jak już wcześniej napisałam, nie było żadnego wielkiego świętowania, po 18 skończyłam zajęcia, a jako że piątek miałam wyjątkowo wolny, pojechałam do domu prosto z uczelni. W biegu jeszcze zdążyłam kupić prezent na urodziny mojej chrześnicy, która jutro będzie obchodzić swoje święto. W domu byłam ok. 20 i miło spędziłam czas z rodzinką. Chociaż tutaj muszę przyznać, że siedziałam trochę jak na szpilkach, bo wiedziałam, że w pokoju czekała nierozpakowana przesyłka z Finlandii :D Jednak dobrze było spędzić z bliskimi chociaż te dwie godzinki, pośmiać się, powspominać i porozmawiać. Wtedy uderzyło mnie jak bardzo wszyscy jesteśmy zabiegani i jak dawno nie było okazji, żeby po prostu usiąść, pobyć ze sobą i spokojnie napić się herbaty.
Á propos herbaty... Właśnie z takim rozkochanym zaparzaczem będę spędzać zimowe wieczory :) Co ciekawe, ostatnio wspomniałam Skarbowi o wspaniałej mieszance białej i zielonej herbaty z dodatkiem aloesu i kwiatu bławatka, którą namiętnie piję. K. zaczął wypytywać, czy dobre są takie połączenia, czy to zdrowe, czy to lubię itp. Dopiero przedwczoraj przyznał, że zadawał tyle pytań o tą herbatę, bo kilka dni przed naszą rozmową kupił właśnie taką podobną mieszankę :D Czasem mnie to przeraża, ale my naprawdę czytamy sobie w myślach. W każdym razie mieszanka Talven Taika, co znaczy 'zimowa magia', smakuje i pachnie naprawdę... magicznie! Do tego taka herbata naprawdę jest zdrowa ;)
Teraz już kończę, najwyższa pora na posprzątanie po kolacji i domowe SPA! W końcu przybył mi kolejny rok w metryce, więc nie mogę się zaniedbywać i muszę regularnie pielęgnować się także od zewnątrz! ;)

czwartek, 13 listopada 2014

Pollena Ostrzeszów, Biały Jeleń, hipoalergiczny płyn micelarny

Płyn micelarny firma Biały Jeleń wprowadziła na rynek stosunkowo niedawno, a z tego co widzę już zyskał sobie wielu zwolenników. Zresztą nie bez powodu ;) Sama szczęśliwie nabyłam we wrześniu swoją buteleczkę i jestem z tego zakupu baaardzo zadowolona. Z myślą o mojej nadwrażliwej cerze, chcę używać jak najmniej kosmetyków do twarzy - w związku z czym wszelkie mleczka i toniki do demakijażu staram się zastąpić płynem micelarnym. Niestety, większość z nich jest dla mnie za silna. Do Białego Jelenia przekonały mnie inne kosmetyki tej firmy, z jakimi miałam do tej pory do czynienia: mydła, szampony, itp. Jako że byłam zadowolona z ich działania, a zobaczyłam, że w ofercie pojawił się płyn micelarny właśnie do skóry wrażliwej, na dodatek przebadany w kierunku atopii, postanowiłam dać mu szansę. I to była bardzo dobra decyzja!

niedziela, 9 listopada 2014

Maska nawilżająca Alterra Granat&Aloes

Dzisiaj będzie bardzo pachnąco, naturalnie i... sentymentalnie. Maska Alterra Granat&Aloes to pierwsza maska, którą kupiłam kiedy zaczęłam bardziej interesować się pielęgnacją włosów. Często się zdarza, że na początku tzw. włosomaniactwa trafia się na wiele kosmetyków, które na naszych włosach się nie sprawdzą. Jak było w moim przypadku?

piątek, 7 listopada 2014

Physiogel, czyli pogotowie ratunkowe dla mojej wrażliwej skóry

Już nie pierwszy raz wspominam o swojej nadwrażliwej, alergicznej cerze. Odkąd pamiętam, skóra na mojej twarzy wiecznie sprawiała problemy. Będąc nastolatką poznałam paru dermatologów, jednak na "swoją" panią doktor trafiłam dopiero na studiach. Trafiłam i od razu ją wystraszyłam, bo wcześniej zdążyłam doprowadzić swoją twarz do takiego stanu, że wyglądałam jak ofiara wypadku. Skóra na twarzy wyglądała jak poparzona. I zresztą była. Czerwone, bolące plamy, na co dzień ukrywane pod makijażem, który skutecznie pogarszał ich stan. Oczywiście, to nie było tak, że zignorowałam podrażnienie i łudziłam się, że samo przejdzie. Wszystko stało się nagle. Nagle po zimie moja cera zaczęła wariować, więc zaczęłam gorączkowo szukać dobrego dermatologa w okolicy. Po wcześniejszych przygodach z lekarzami z przychodni, których praktyki nie przynosiły żadnych efektów, zdecydowałam, że umówię się na prywatną wizytę. Myślałam, że tym sposobem będzie też szybciej, ale myliłam się - na dr T. tak czy siak musiałam czekać 2 miesiące. I to właśnie po tych dwóch miesiącach moja twarz była w malowniczo opłakanym stanie.

Utrzymać tempo

Korzystając z przerwy na kawę i serial postanowiłam dać tu znak życia. Ostatnie dwa tygodnie zajęć na uczelni były ciężkie, mamy coraz więcej projektów i zadań do wykonania, czas chyba też jakoś zwiększył prędkość i sama nie wiem kiedy te dni uciekają. Jako że studia są teraz dla mnie priorytetem, zaniedbałam trochę treningi, ale już niedługo wszystko w tej kwestii nadrobię ;) Mam też do dodania kilka recenzji kosmetyków na blog i pomysły na posty. Poza tymi drobnymi zaniedbaniami, staram się jakoś utrzymać tempo, ogarniać wszystko co uczelniane, korkowe i powoli też przygotowywać do grudniowego wyjazdu na północ. Myślę o wszystkim na przód, może trochę za bardzo i może przeginam, co uświadomił mi nagły wybuch śmiechu brata, kiedy go zapytałam kiedy zamierza wracać do Krakowa po Bożym Narodzeniu... Dni pędzą jak szalone, pojawia się coraz więcej spraw, o których muszę pamiętać i których absolutnie nie mogę zawalić. Szaleństwo, ale mam nadzieję, że sytuacja się uspokoi jak tylko uporam się z pierwszym semestrem. Przeraża mnie upływ czasu, pogoda trochę oszukuje i temperatury są jak na listopad wyjątkowo wysokie, ale natury nie da się oszukać - szczególnie to we mnie uderza kiedy przyjeżdżam na weekend do rodzinnej miejscowości i widzę coraz bardziej nagie drzewa.
Powyżej zdjęcia, które wykonałam kolejno 26.10.2014 i dziś, 7.11.2014. 
Tak samo wracając z uczelni po 18 jeszcze 2 lub 3 tygodnie temu było całkiem jasno, teraz jest już ciemno. Zima się zbliża, a wraz z nią całe pasmo wyzwań i atrakcji na nowy rok. A tak swoją drogą, u nas jeszcze ciepło i z drzew spadają złote liście, a u Skarba wczoraj spadł śnieg! I to tak całkiem sporo pojawiło się białego puchu, oczom nie mogłam uwierzyć kiedy wysłał mi zdjęcia :) Z jednej strony chciałabym przeżyć taką prawdziwą fińską zimę kiedy tam przyjadę, a z drugiej... Strach się bać czy mój "południowy" organizm to wytrzyma ;) Dobrze jednak byłoby poznać możliwości fińskiej matki natury zanim się tam przeprowadzę :D