poniedziałek, 27 października 2014

AA Help Cera Atopowa i olej z wiesiołka

Od kilku dni źle się dzieje ze skórą na mojej twarzy. Jak niedawno wspominałam, drastyczne pogorszenie jej stanu nastąpiło po gwałtownym spadku temperatury na zewnątrz. Od tego czasu skóra na brodzie jest niesamowicie sucha i podrażniona. Maseczka z zielonej glinki i oleju kokosowego trochę pomogła, ale stwierdziłam, że potrzebuję jeszcze jakiegoś ratunku. Od jakiegoś czasu planowałam przetestowanie kremu półtłustego AA do cery atopowej. Chciałam kupić go na okres jesienno-zimowy, kiedy temperatury będą już bardzo niskie, ale buntująca się skóra skłoniła mnie do zakupu kremu trochę wcześniej. Jak się sprawdził?

sobota, 25 października 2014

Domowe SPA dla włosów, ciała... i duszy

Korzystając z weekendu postanowiłam się trochę porozpieszczać. OK, raczej sytuacja mnie do tego zmusiła. Przez ostatnie zmiany temperatur i nagłe ochłodzenie, skóra na twarzy znowu zaczęła się buntować. Podrażnienie, zaczerwienienie i okropne, schodzące suche płaty na brodzie. Postanowiłam szybko zareagować i pomóc sobie maseczką domowej roboty z zielonej glinki, odrobiny wody mineralnej i (jako że nie mam już oleju arganowego) oleju kokosowego. Maskę nałożyłam na całą twarz i zostawiłam na ok. 20 minut, po czym delikatnie zmyłam letnią wodą. Rezultat był widoczny od razu, skóra została wspaniale odżywiona i nawilżona, podrażnienie złagodzone, zaczerwienienie trochę zbladło i nawet skóra przestała się sypać. Po zmyciu maseczki posmarowałam twarz kremem Cetaphil, żeby utrzymać odżywienie. Po tym 'pierwszym etapie SPA' zrobiłam trening, który musiałam zawiesić po pierwszych dwóch dniach, kiedy dopadły mnie koszmarne zakwasy. Najwyraźniej ciało za bardzo przyzwyczaiło się do słodkiego leniuchowania i przeżyło szok po powrocie do ćwiczeń ;) Na szczęście dziś już było wszystko ok i spokojnie sobie potrenowałam. Po kolacji wróciłam do tematu rozpieszczania się: na wilgotne włosy nałożyłam cudowną maskę Alterra z granatem i aloesem, którą po prostu uwielbiam. Zachwyciła mnie od pierwszego powąchania, a kiedy jej użyłam, już wiedziałam, że zagości na bardzo długo w mojej łazience. Niesamowicie nawilża i odżywia włosy, które stają się przy okazji bardzo gładkie i miękkie. Zapach jest cudowny, w ogóle nie czuć chemii, tylko soczyste owoce. Konsystencja taka, jaką wg mnie powinny mieć maski i którą określam jako 'średniogęsta". Zmieniłabym trochę opakowanie, bo ta stojąca tubka może i jest estetyczna, higieniczna i co-tam-jeszcze, ale trochę uniemożliwia wydobycie produktu, kiedy już niewiele go zostało. A więc opakowanie do wymiany: na przykład na słój i to sporo większy. Wtedy już na pewno wszyscy będą w 100% zadowoleni! Po nałożeniu sporej ilości maski włosy zawinęłam na czubku głowy w koczek-ślimaczek, zawinęłam je w folię spożywczą, ociepliłam nawiewem z suszarki, zawinęłam w ręcznik i znowu ociepliłam nawiewem. Teraz już siedzę sobie z takim turbanem na głowie ponad godzinę i zaraz pędzę do łazienki na długą kąpiel. Do zmycia maski użyję szamponu ISANA Urea, a na końcówki nałożę odżywkę d/s Garnier Goodbye Damage. Ciało porozpieszczam solą do kąpieli i hawajskim mydełkiem, o którym pisałam TUTAJ. Lecę teraz do łazienki, a poniżej wrzucam zdjęcie dzisiejszych włosowych "trzech muszkieterów" ;) Trzymajcie się!

piątek, 24 października 2014

Matowe paznokcie, czyli polowania drogeryjne

Dzisiaj będzie trochę o kosmetykach. Od jakiegoś czasu szukałam matowego lakieru do paznokci, jednak, jako że większe doświadczenie mam z malowaniem ścian niż paznokci, ciężko mi było odróżnić takie lakiery na półkach drogeryjnych. Serio, kiedy zapytałam kogoś z obsługi o takie lakiery, okazało się, że były porozrzucane po całej szafie z kosmetykami i nie były nawet opisane, że są matowe. Na szczęście po kilku dniach wróciłam i okazało się, że chyba jakaś dostawa była, bo lakiery miały wydzielone osobne półeczki i były ładnie opisane. Było też ich znacznie więcej, co bardzo mnie ucieszyło. Zdecydowałam się na głęboki fiolet od Wibo, a na dodatek kupiłam jeszcze bezbarwny Top Coat od Lovely. Tutaj muszę zaznaczyć, że nie jestem maniaczką malowania paznokci i absolutnie nie dbam o to, by mieć całą kolekcję lakierów z najwyższej półki. Podejście to wzięło się z mojego przekonania, że jeżeli coś zmywam po kilku dniach, nie warto przepłacać. Wolę zainwestować w odpowiednią pielęgnację włosów, której efekty są nieporównywalnie lepsze (i zdrowsze) od najpiękniejszego manicure. Poniżej mała dokumentacja najnowszych zdobyczy:


Tak, wiem, dokumentacja także tego, że faktycznie większe doświadczenie mam z malowaniem ścian :D
Jeżeli chodzi o "fioletowe Wibo", maluje się całkiem przyjemnie. Dwie warstwy wystarczą, żeby wydobyć kolor. W celu ożywienia tego fioletu, dodałam też normalny, błyszczący lakier malinowy Mariza. Na koniec wszystkie paznokcie pomalowałam bezbarwnym Top Coat z Lovely, dzięki czemu kolor stał się jeszcze bardziej matowy. W ogóle topem jestem zachwycona, błyskawicznie wysycha i wygładza paznokcie. Oprócz tego, mogę pomalować paznokcie na dowolny kolor 'zwykłym' lakierem, który po nałożeniu topu będzie matowy. Wg mnie, to o wiele lepsza opcja od dublowania kolorów tylko dla efektu matu. Opakowania i pędzelki też są wygodne, nie za chude, nie za grube, dokładnie takie jak lubię. Jedyne zastrzeżenie jakie mam to szybkie "ścieranie się" matu na samych końcówkach paznokci. Ale to przecież drobny szczegół ;)

wtorek, 21 października 2014

Rewolucje październikowe, czyli samodoskonalę się!

Dzisiaj stwierdziłam, że 21szy dzień października to dobra data na małe zmiany. Tak po prostu. Jako że od 3 tygodni udaje mi się utrzymywać dobre tempo na uczelni, postanowiłam spróbować podobnej systematyczności w tzw. życiu pozauczelnianym. Tym sposobem w mojej lodówce zagościło zdrowe jadło (koniec z zupkami chińskimi, konserwami i czekoladkami na deser!), zapomniane kosmetyki wróciły do łask, podobnie jak (uwaga, uwaga!) treningi! Jeżeli chodzi o jedzenie, to nie było tak, że cały czas zajadałam się zupkami instant i konserwami. Po prostu są 2-3 smaki, które faktycznie lubię, a w niektóre dni, kiedy wracam padnięta z zajęć przed 19, trzeba szybko ogarnąć się na zajęcia następnego dnia, wziąć prysznic i coś zjeść, a do tego tak zorganizować czas, żeby pogadać chociaż pół godzinki ze Skarbem, zdrowe jedzenie schodzi na dalszy plan i wtedy sięgam po tego typu śmieci. Koniec z tym. Kanapki, jajecznica, owoce - wszystko lepsze od proszków! Z czekolady natomiast nie zrezygnuję - tutaj przerzucę się po prostu na gorzką, która jedzona w odpowiednich ilościach nawet może przynieść wiele korzyści. W kwestii pieczywa też nastąpi zmiana - mam Wielki Plan polubienia się z ciemnym chlebkiem. Lepiej trzymajcie kciuki, bo to już nie pierwsze podejście ;) Wspomniałam też o treningach. Codziennie. Wieczorem. I, o ile czas pozwoli, także rano. Pierwszy trening już za mną, modlę się żeby jutro nie było zakwasów, bo się zdemotywuję. A właśnie, w ramach tej motywacji wrzucę na blog notatkę, w której będę zapisywała każdy zaliczony trening. Mam nadzieję, że uda mi się aktualizować ją codziennie ;) W kwestii systematyczności i dbania o ciało jest jeszcze jedna istotna sprawa: kosmetyki, a konkretnie balsamy do ciała. Dziś rano przeżyłam szok, kiedy zobaczyłam jak wiotkie jest moje ciało. Moje niespełna 24letnie ciało, które powinno być jędrne i elastyczne! Na szczęście nie załamałam się (chociaż było blisko), tylko nabrałam pędu do działania. Tak, pęd - to jest właśnie to czego mi potrzeba, bo coś czuję, że jeżeli szybko nie zareaguję, to już nigdy nie uda mi się naprawić tego zaniedbania. Nie chcę, żeby za 2 miesiące Skarb na mój widok uciekł z krzykiem. Nie ma mowy, ma mruczeć z zachwytu! I będzie! A ja tymczasem naprawię drobne błędy żywieniowe, będę częściej patrzeć w lustro, żeby zmotywować się do treningów i będę wcierać i nacierać. Rano masło do ciała, wieczorem olejek. Wytrzymam. Będzie cudownie. A za 2 miesiące stanę przed Skarbem jako zadbana kobieta, a nie zaniedbany kurczak. Podkreślam, że w tym wszystkim nie chodzi mi o spadek wagi. Moim celem jest ujędrnienie ciała, poprawa kondycji i zdrowy tryb życia. Tyle. A tutaj będę zdawać relacje z (ewentualnych/ oczekiwanych/ dramatycznych/ pozytywnych/ niepotrzebne skreślić) efektów, tak żeby szybko się nie zniechęcić.

A tak już odbiegając od tematu rewolucji i metamorfoz, w miniony weekend, jak co weekend pojechałam do domu. Poniżej dowód na to, jak moje 'kocię' się stęskniło. Za plecakiem.
Zdjęcie nie jest dobrej jakości, ale musiałam się spieszyć, bo Bruno wyjątkowo nie lubi być fotografowany. Ba, na sam widok aparatu ucieka albo przynajmniej odwraca pyszczek.

wtorek, 14 października 2014

Cisza przed burzą

I znowu Kraków, tym razem deszczowy. Już miałam przewietrzyć głowę i iść na spacer, ale zaczęło padać, więc zostałam w mieszkaniu. I nie żałuję, zrobiłam porządki w szafkach, odkurzyłam i teraz relaksuję się przy Ice Latte. Taka mała chwila relaksu przed zakuwaniem słówek ;) A uzbierało się tego, oj uzbierało. Przykładowo: jeden przedmiot, 6 godzin w tygodniu, 3 podręczniki, z których tygodniowo wychodzi kilkanaście stron ćwiczeń do zrobienia. I przy okazji podobna ilość nowych słówek i zwrotów do ogarnięcia. Podkreślam, że to tylko jeden przedmiot, a jest ich kilka ;) Cisną jak nie wiem, ale lepsze to niż wykładowcy, którzy opierniczają się cały semestr, a potem pytania na egzamin biorą z... kosmosu. Październik jak na razie mija mi całkiem intensywnie, biegam między uczelnią, mieszkaniem, a domem. W międzyczasie załatwiam ksera, biblioteki i inne atrakcje. Tylko wieczory są spokojne, kiedy jestem już po prysznicu i wiem, że niedługo będziemy rozmawiać ze Skarbem. Może oszalałam, ale dzisiaj w biegu zrobiłam listę rzeczy, które chcę zabrać w grudniu do Finlandii. Cieszę się jak dziecko, że znowu będziemy mogli spędzić ze sobą trochę czasu :) O dziwo, zapowiada się, że tym razem będę potrzebować znacznie mniej rzeczy niż wzięłam w sierpniu. Ale to logiczne, teraz jadę tam na tydzień z małym haczykiem, nie na prawie 2. Poza tym, teraz wiem lepiej co zabrać, ostatnio prawie połowę walizki zajęły mi buty: "bo sandały, bo ma być gorąco, bo balerinki, bo pasują do tego i tego outfitu, bo czółenka, bo pojedziemy do rodziców, więc trzeba ładnie wyglądać, bo adidasy, bo co jeżeli jednak zacznie padać". Jakby to Skarb krótko, acz treściwie, podsumował: girls.
Tym razem będzie inaczej. W końcu wiem więcej, więc spakuję się rozsądniej. Kozaki na nogi, kapcie do walizki i to wszystko. Przynajmniej jeśli chodzi o buty ;)
Na szczęście pęd do działania mnie nie opuszcza. Chyba przez ten wyjazd coś mi się przestawiło i mam wrażenie jakby semestr kończył się przed Bożym Narodzeniem, ze wszystkim chcę zdążyć przed wyjazdem. Dzięki temu teraz, kiedy większość osób z seminarium nie ma jeszcze tematu pracy magisterskiej, ja powoli kompletuję bibliografię. A potem dziwię się Skarbowi, że nazywa mnie pracoholiczką... 
No, ale, ale! Jak to mówią, nie samą pracą człowiek żyje. W niedzielę, kiedy jeszcze byłam w domu, poszłam na spacer z aparatem w ręce (inaczej na spacery już chyba nie potrafię chodzić). Poniżej efekty, patrzcie i podziwiajcie (a co, odrobina 'skromności' jeszcze nikomu nie zaszkodziła ;)



sobota, 11 października 2014

Do przodu :)

Minął pierwszy 'prawdziwy' tydzień zajęć. Powoli pojawia się coraz więcej projektów, zadań, notatek, kserówek i nauki. Łatwo nie będzie, ale cały czas się pilnuję i staram się nie narobić sobie zaległości. Wczoraj przyjechałam do zacisza domowego i spokojnie sobie pracuję. Ogarniam notatki, potem zadania domowe i powtórki. Dobrze, że w tym tygodniu udało mi się popchnąć magisterkę do przodu i mam już temat. Promotorowi bardzo się spodobał i był nawet zadowolony, że tak szybko ktoś zaczął myśleć nad pracą. Teraz trzeba zacząć gromadzić materiały, co trochę potrwa. Ale spokojnie, tutaj już wrzucam na luz, mam czas do końca semestru, czyli do końca stycznia. Wybór tematu to pierwszy i naprawdę duży krok do przodu, potem wystarczy złapać wiatr w żagle i... do przodu :) Haha, tylko żeby to faktycznie było tak łatwo jak się mówi. Trochę boję się tej naszej polsko-brytyjskiej współpracy, ale w głębi duszy mam nadzieję, że będzie dobrze. Miałam dwóch promotorów do wyboru i jak na razie absolutnie nie żałuję swojej decyzji - wręcz przeciwnie, na każdym kroku przekonuję się, że to był słuszny wybór. I oby tak dalej. A teraz już dosyć o uczelni. Pogoda jest dziś wymarzona na spacer, więc po południu przejdę się gdzieś z aparatem w ręce, a póki co wrzucam dzieło, które chodzi za mną od 2 tygodni. Przepiękna kompozycja, od samego początku do końca. Głos, klawisze, emocje. Cudo. I tylko żałuję, że tak późno je odkryłam.

poniedziałek, 6 października 2014

Radosne kopy

Uff..! Dzisiaj niby wolny dzień, ale jakże produktywny! Nadgoniłam trochę materiału, pobiegałam po mieście, uzupełniłam braki zakupowe (z czego bardzo cieszą się też moje włosy, bo trochę się na mnie gniewały za brak odżywki d/s), wykonałam kilka telefonów, w tym jeden do bardzo miłej pani z PKP i najważniejsze... kupiłam bilety na samolot, w grudniu zobaczymy się ze Skarbem! Boże, jak się cieszę! Przylecę i to jeszcze w dzień tak ważny dla nas! Ogromny kamień spadł mi z serca kiedy już dokonałam zakupu. W zeszłym roku to Skarb po Świętach był w Polsce i spędziliśmy wspólnie Sylwestra, w tym roku już nie potrafię sobie wyobrazić witania Nowego Roku bez buziaka noworocznego od mojego mężczyzny ;)
O rany, ile wykrzykników w tym poście, ile pozytywnych emocji! Od razu życie wydaje się lekkie, a zajęcia na uczelni szczęśliwą przygodą pełną przemiłych wrażeń :D I faktycznie, dostałam dziś megakopa do działania, z rozpędu chyba nawet wybrałam temat pracy magisterskiej, chociaż tutaj wrzucę na luz i dam sobie czas do czwartku, czyli do seminarium. Ważne, że coś na ten temat się rozjaśniło w mojej rozczochranej. A teraz czas do spania, w końcu chcę, żeby jutro też był dobry dzień, a z niedoborem snu może być o to trudno ;)

sobota, 4 października 2014

Pierwszy (ty)dzień zajęć

I jestem. Studentka na wakacjach zniknęła z tytułu bloga, zamiast niej pojawiła się pogoń za szczęściem. Pogoń powoli rozkręcała się od kilku ostatnich miesięcy, a na dobre ruszyła 1go października. Jak na razie jest trochę swojsko i trochę obco jednocześnie. Niby te same mury, ale jednak jest coś innego. Nowi ludzie, znajomi, a w grupie same dziewczyny. Nie chcę się uprzedzać lub zostać źle zrozumiana, ale mam nadzieję, że przez to liczne damskie grono nie ucierpi nasza organizacja. W LO miałam w klasie 28 dziewczyn i 3 chłopaków, więc z doświadczenia wiem, że jeżeli w grupie liczebnie przeważa tzw. płeć piękna, bardzo często pojawia się nieoczekiwany problem gdy trzeba się jakoś zorganizować. Tutaj też zauważyłam, że nikt jakoś szczególnie nie pała entuzjazmem, nawet jeżeli chodzi o najprostsze rzeczy: wspólne kserowanie, integracja w grupie na portalu społecznościowym czy założenie grupowego maila. Póki co panuje zasada 'każdy sobie rzepkę skrobie', którą powolutku, drobnymi kroczkami, zamierzam zmienić. W głębi duszy mam też nadzieję, że ten dystans wynika z ogólnego onieśmielenia nową sytuacją i wszystko wkrótce zmieni się na lepsze. Póki co, uczelnia na każdym kroku dostarcza nam wrażeń. Harmonogramu zajęć nie otrzymaliśmy na rozpoczęciu 1go października. Spotkanie organizacyjne było po południu i wtedy obiecano nam podesłać rozpiskę zajęć na stronę. Spoko. Rozpiska pojawiła się ok. 22:45 w środę, zajęcia zaczynałam w czwartek rano. Rozczarowała mnie ta sytuacja, a jeszcze bardziej fakt, że kiedy przyszliśmy na zajęcia, próbowano zwalić winę na nas, studentów. Że niby harmonogram był już dawno gotowy, ale ludzie z innej specjalności zaczęli nagle zmieniać grupy, w związku z czym osoby odpowiedzialne za rozkład zajęć praktycznie musiały ułożyć wszystko od nowa. Terefere.
W czwartek, po wielkim środowym oczekiwaniu na harmonogram, ruszyliśmy z zajęciami. Moja grupa faktycznie ruszyła i to pełną parą, bo akurat w czwartki mamy najwięcej zajęć i wychodzi na to, że co 2 tygodnie będziemy siedzieć w instytucie od rana do 18:15. Na szczęście pozostałe dni są już znośne, nie ma też większych przerw między zajęciami. W czwartek wybrałam też wstępnie promotora. Jak na razie jestem zadowolona z wyboru, a rozmowy z koleżankami z roku wyżej utwierdziły mnie w przekonaniu, że dobrze zrobiłam. Teraz muszę porządnie pomyśleć nad tematem pracy magisterskiej. W najbliższy czwartek chciałabym już coś ustalić, żebym mogła już gromadzić bibliografię. Niby na pracę magisterską mam przeznaczone 2 lata, ale wiem, że te 4 semestry zlecą błyskawicznie, zwłaszcza, że pisanie pracy to nie jedyny projekt i oprócz tego jest masa innych przedmiotów, które trzeba zaliczyć. Jak zawsze na początku roku szkolnego/akademickiego, jestem pełna zapału do pracy, ale tym razem jest też coś więcej. Świadomość, że muszę umiejętnie rozłożyć siły, by tego zapału nie ostudzić. I że coś się zaczęło, ale po to, by zakończyć pewien okres w moim życiu. Trochę burzliwy, ale wiem, że będę wspominać ten czas z rozrzewnieniem. OK, kończę, bo zaczynam brzmieć, jakbym już skończyła studia, a tu przecież jeszcze 2 lata mi zostały i notatki tak na mnie zachęcająco spoglądają... Trzymajcie się ciepło i mocno! ;)

środa, 1 października 2014

Here I am... Back again.

Kraków. Miasto, za którym nie da się nie tęsknić. Znowu tutaj jestem, znowu pełna zapału i nadziei na lepsze jutro. Ojoj, jak to patetycznie zabrzmiało. Dzisiaj po południu rozpoczęcie. Idę, może dowiem się czegoś nowego, na przykład harmonogramu zajęć. Tak, harmonogramu jeszcze nie znamy. Jednak dzisiaj jestem optymistycznie nastawiona do świata i ludzi, i liczę na to, że podadzą nam rozkład zajęć chociaż na najbliższe 2 dni :D No dobra, zapowiadają, że podadzą nam harmonogram, więc śmiem twierdzić, że będzie to CAŁOŚĆ. Jak będzie naprawdę - zobaczymy. Narzekam sobie trochę na sytuację, bo dopóki dokładny rozkład zajęć nie jest znany, inne sprawy stoją. Na przykład moje korki. Nijak nie mogę się umówić z uczniami, bo zwyczajnie nie wiem kiedy dam radę. Chociaż i tak jestem w komfortowej sytuacji, bo nie muszę przy tym dogadywać się z pracodawcą, sama sobie ustalam grafik. 
A tak z innej beczki. Pokoik mam genialny. Wczoraj wieczorem przyjechałam z wybranymi przedstawicielami rodziny i wszystkimi bambetlami, których rozpakowywanie zajęło mi godzinę. Potem była już tylko szybka kolacja, szybki prysznic i długa rozmowa ze Skarbem. Ostatnio coś niezbyt dobrze się czuje, co okropnie mnie martwi. Swoją drogą, miesiąc beze mnie, a on już - choroba, osłabienie i cała reszta niespodzianek zdrowotnych. A tak na poważnie, to jest właśnie jedna z wad miłości na odległość - możesz tylko bezczynnie patrzeć, jak kochana osoba się męczy, chcesz pomóc, robić herbatki, obiadki, smarować maściami rozgrzewającymi i innymi cudami, a nie możesz, bo jesteś ponad tysiąc kilometrów dalej. I chcesz wyć z bezsilności. Ech, kończę już, trzeba zrobić coś konstruktywnego i zacząć przygotowywać się na rozpoczęcie... nowego rozdziału!
PS. Jak wrócę i się namyślę to zmienię tytuł bloga. Koniec z tą studentką na wakacjach ;)