sobota, 25 października 2014

Domowe SPA dla włosów, ciała... i duszy

Korzystając z weekendu postanowiłam się trochę porozpieszczać. OK, raczej sytuacja mnie do tego zmusiła. Przez ostatnie zmiany temperatur i nagłe ochłodzenie, skóra na twarzy znowu zaczęła się buntować. Podrażnienie, zaczerwienienie i okropne, schodzące suche płaty na brodzie. Postanowiłam szybko zareagować i pomóc sobie maseczką domowej roboty z zielonej glinki, odrobiny wody mineralnej i (jako że nie mam już oleju arganowego) oleju kokosowego. Maskę nałożyłam na całą twarz i zostawiłam na ok. 20 minut, po czym delikatnie zmyłam letnią wodą. Rezultat był widoczny od razu, skóra została wspaniale odżywiona i nawilżona, podrażnienie złagodzone, zaczerwienienie trochę zbladło i nawet skóra przestała się sypać. Po zmyciu maseczki posmarowałam twarz kremem Cetaphil, żeby utrzymać odżywienie. Po tym 'pierwszym etapie SPA' zrobiłam trening, który musiałam zawiesić po pierwszych dwóch dniach, kiedy dopadły mnie koszmarne zakwasy. Najwyraźniej ciało za bardzo przyzwyczaiło się do słodkiego leniuchowania i przeżyło szok po powrocie do ćwiczeń ;) Na szczęście dziś już było wszystko ok i spokojnie sobie potrenowałam. Po kolacji wróciłam do tematu rozpieszczania się: na wilgotne włosy nałożyłam cudowną maskę Alterra z granatem i aloesem, którą po prostu uwielbiam. Zachwyciła mnie od pierwszego powąchania, a kiedy jej użyłam, już wiedziałam, że zagości na bardzo długo w mojej łazience. Niesamowicie nawilża i odżywia włosy, które stają się przy okazji bardzo gładkie i miękkie. Zapach jest cudowny, w ogóle nie czuć chemii, tylko soczyste owoce. Konsystencja taka, jaką wg mnie powinny mieć maski i którą określam jako 'średniogęsta". Zmieniłabym trochę opakowanie, bo ta stojąca tubka może i jest estetyczna, higieniczna i co-tam-jeszcze, ale trochę uniemożliwia wydobycie produktu, kiedy już niewiele go zostało. A więc opakowanie do wymiany: na przykład na słój i to sporo większy. Wtedy już na pewno wszyscy będą w 100% zadowoleni! Po nałożeniu sporej ilości maski włosy zawinęłam na czubku głowy w koczek-ślimaczek, zawinęłam je w folię spożywczą, ociepliłam nawiewem z suszarki, zawinęłam w ręcznik i znowu ociepliłam nawiewem. Teraz już siedzę sobie z takim turbanem na głowie ponad godzinę i zaraz pędzę do łazienki na długą kąpiel. Do zmycia maski użyję szamponu ISANA Urea, a na końcówki nałożę odżywkę d/s Garnier Goodbye Damage. Ciało porozpieszczam solą do kąpieli i hawajskim mydełkiem, o którym pisałam TUTAJ. Lecę teraz do łazienki, a poniżej wrzucam zdjęcie dzisiejszych włosowych "trzech muszkieterów" ;) Trzymajcie się!