sobota, 4 października 2014

Pierwszy (ty)dzień zajęć

I jestem. Studentka na wakacjach zniknęła z tytułu bloga, zamiast niej pojawiła się pogoń za szczęściem. Pogoń powoli rozkręcała się od kilku ostatnich miesięcy, a na dobre ruszyła 1go października. Jak na razie jest trochę swojsko i trochę obco jednocześnie. Niby te same mury, ale jednak jest coś innego. Nowi ludzie, znajomi, a w grupie same dziewczyny. Nie chcę się uprzedzać lub zostać źle zrozumiana, ale mam nadzieję, że przez to liczne damskie grono nie ucierpi nasza organizacja. W LO miałam w klasie 28 dziewczyn i 3 chłopaków, więc z doświadczenia wiem, że jeżeli w grupie liczebnie przeważa tzw. płeć piękna, bardzo często pojawia się nieoczekiwany problem gdy trzeba się jakoś zorganizować. Tutaj też zauważyłam, że nikt jakoś szczególnie nie pała entuzjazmem, nawet jeżeli chodzi o najprostsze rzeczy: wspólne kserowanie, integracja w grupie na portalu społecznościowym czy założenie grupowego maila. Póki co panuje zasada 'każdy sobie rzepkę skrobie', którą powolutku, drobnymi kroczkami, zamierzam zmienić. W głębi duszy mam też nadzieję, że ten dystans wynika z ogólnego onieśmielenia nową sytuacją i wszystko wkrótce zmieni się na lepsze. Póki co, uczelnia na każdym kroku dostarcza nam wrażeń. Harmonogramu zajęć nie otrzymaliśmy na rozpoczęciu 1go października. Spotkanie organizacyjne było po południu i wtedy obiecano nam podesłać rozpiskę zajęć na stronę. Spoko. Rozpiska pojawiła się ok. 22:45 w środę, zajęcia zaczynałam w czwartek rano. Rozczarowała mnie ta sytuacja, a jeszcze bardziej fakt, że kiedy przyszliśmy na zajęcia, próbowano zwalić winę na nas, studentów. Że niby harmonogram był już dawno gotowy, ale ludzie z innej specjalności zaczęli nagle zmieniać grupy, w związku z czym osoby odpowiedzialne za rozkład zajęć praktycznie musiały ułożyć wszystko od nowa. Terefere.
W czwartek, po wielkim środowym oczekiwaniu na harmonogram, ruszyliśmy z zajęciami. Moja grupa faktycznie ruszyła i to pełną parą, bo akurat w czwartki mamy najwięcej zajęć i wychodzi na to, że co 2 tygodnie będziemy siedzieć w instytucie od rana do 18:15. Na szczęście pozostałe dni są już znośne, nie ma też większych przerw między zajęciami. W czwartek wybrałam też wstępnie promotora. Jak na razie jestem zadowolona z wyboru, a rozmowy z koleżankami z roku wyżej utwierdziły mnie w przekonaniu, że dobrze zrobiłam. Teraz muszę porządnie pomyśleć nad tematem pracy magisterskiej. W najbliższy czwartek chciałabym już coś ustalić, żebym mogła już gromadzić bibliografię. Niby na pracę magisterską mam przeznaczone 2 lata, ale wiem, że te 4 semestry zlecą błyskawicznie, zwłaszcza, że pisanie pracy to nie jedyny projekt i oprócz tego jest masa innych przedmiotów, które trzeba zaliczyć. Jak zawsze na początku roku szkolnego/akademickiego, jestem pełna zapału do pracy, ale tym razem jest też coś więcej. Świadomość, że muszę umiejętnie rozłożyć siły, by tego zapału nie ostudzić. I że coś się zaczęło, ale po to, by zakończyć pewien okres w moim życiu. Trochę burzliwy, ale wiem, że będę wspominać ten czas z rozrzewnieniem. OK, kończę, bo zaczynam brzmieć, jakbym już skończyła studia, a tu przecież jeszcze 2 lata mi zostały i notatki tak na mnie zachęcająco spoglądają... Trzymajcie się ciepło i mocno! ;)