środa, 1 października 2014

Here I am... Back again.

Kraków. Miasto, za którym nie da się nie tęsknić. Znowu tutaj jestem, znowu pełna zapału i nadziei na lepsze jutro. Ojoj, jak to patetycznie zabrzmiało. Dzisiaj po południu rozpoczęcie. Idę, może dowiem się czegoś nowego, na przykład harmonogramu zajęć. Tak, harmonogramu jeszcze nie znamy. Jednak dzisiaj jestem optymistycznie nastawiona do świata i ludzi, i liczę na to, że podadzą nam rozkład zajęć chociaż na najbliższe 2 dni :D No dobra, zapowiadają, że podadzą nam harmonogram, więc śmiem twierdzić, że będzie to CAŁOŚĆ. Jak będzie naprawdę - zobaczymy. Narzekam sobie trochę na sytuację, bo dopóki dokładny rozkład zajęć nie jest znany, inne sprawy stoją. Na przykład moje korki. Nijak nie mogę się umówić z uczniami, bo zwyczajnie nie wiem kiedy dam radę. Chociaż i tak jestem w komfortowej sytuacji, bo nie muszę przy tym dogadywać się z pracodawcą, sama sobie ustalam grafik. 
A tak z innej beczki. Pokoik mam genialny. Wczoraj wieczorem przyjechałam z wybranymi przedstawicielami rodziny i wszystkimi bambetlami, których rozpakowywanie zajęło mi godzinę. Potem była już tylko szybka kolacja, szybki prysznic i długa rozmowa ze Skarbem. Ostatnio coś niezbyt dobrze się czuje, co okropnie mnie martwi. Swoją drogą, miesiąc beze mnie, a on już - choroba, osłabienie i cała reszta niespodzianek zdrowotnych. A tak na poważnie, to jest właśnie jedna z wad miłości na odległość - możesz tylko bezczynnie patrzeć, jak kochana osoba się męczy, chcesz pomóc, robić herbatki, obiadki, smarować maściami rozgrzewającymi i innymi cudami, a nie możesz, bo jesteś ponad tysiąc kilometrów dalej. I chcesz wyć z bezsilności. Ech, kończę już, trzeba zrobić coś konstruktywnego i zacząć przygotowywać się na rozpoczęcie... nowego rozdziału!
PS. Jak wrócę i się namyślę to zmienię tytuł bloga. Koniec z tą studentką na wakacjach ;)