wtorek, 14 października 2014

Cisza przed burzą

I znowu Kraków, tym razem deszczowy. Już miałam przewietrzyć głowę i iść na spacer, ale zaczęło padać, więc zostałam w mieszkaniu. I nie żałuję, zrobiłam porządki w szafkach, odkurzyłam i teraz relaksuję się przy Ice Latte. Taka mała chwila relaksu przed zakuwaniem słówek ;) A uzbierało się tego, oj uzbierało. Przykładowo: jeden przedmiot, 6 godzin w tygodniu, 3 podręczniki, z których tygodniowo wychodzi kilkanaście stron ćwiczeń do zrobienia. I przy okazji podobna ilość nowych słówek i zwrotów do ogarnięcia. Podkreślam, że to tylko jeden przedmiot, a jest ich kilka ;) Cisną jak nie wiem, ale lepsze to niż wykładowcy, którzy opierniczają się cały semestr, a potem pytania na egzamin biorą z... kosmosu. Październik jak na razie mija mi całkiem intensywnie, biegam między uczelnią, mieszkaniem, a domem. W międzyczasie załatwiam ksera, biblioteki i inne atrakcje. Tylko wieczory są spokojne, kiedy jestem już po prysznicu i wiem, że niedługo będziemy rozmawiać ze Skarbem. Może oszalałam, ale dzisiaj w biegu zrobiłam listę rzeczy, które chcę zabrać w grudniu do Finlandii. Cieszę się jak dziecko, że znowu będziemy mogli spędzić ze sobą trochę czasu :) O dziwo, zapowiada się, że tym razem będę potrzebować znacznie mniej rzeczy niż wzięłam w sierpniu. Ale to logiczne, teraz jadę tam na tydzień z małym haczykiem, nie na prawie 2. Poza tym, teraz wiem lepiej co zabrać, ostatnio prawie połowę walizki zajęły mi buty: "bo sandały, bo ma być gorąco, bo balerinki, bo pasują do tego i tego outfitu, bo czółenka, bo pojedziemy do rodziców, więc trzeba ładnie wyglądać, bo adidasy, bo co jeżeli jednak zacznie padać". Jakby to Skarb krótko, acz treściwie, podsumował: girls.
Tym razem będzie inaczej. W końcu wiem więcej, więc spakuję się rozsądniej. Kozaki na nogi, kapcie do walizki i to wszystko. Przynajmniej jeśli chodzi o buty ;)
Na szczęście pęd do działania mnie nie opuszcza. Chyba przez ten wyjazd coś mi się przestawiło i mam wrażenie jakby semestr kończył się przed Bożym Narodzeniem, ze wszystkim chcę zdążyć przed wyjazdem. Dzięki temu teraz, kiedy większość osób z seminarium nie ma jeszcze tematu pracy magisterskiej, ja powoli kompletuję bibliografię. A potem dziwię się Skarbowi, że nazywa mnie pracoholiczką... 
No, ale, ale! Jak to mówią, nie samą pracą człowiek żyje. W niedzielę, kiedy jeszcze byłam w domu, poszłam na spacer z aparatem w ręce (inaczej na spacery już chyba nie potrafię chodzić). Poniżej efekty, patrzcie i podziwiajcie (a co, odrobina 'skromności' jeszcze nikomu nie zaszkodziła ;)