niedziela, 27 lipca 2014

Słowa, słowa, słowa...

Jestem sama w domu, sączę zieloną herbatę i czuję jak się roztapiam. Nienawidzę upałów i duchoty. Chociaż, mimo wszystko, lepsze to niż burze z piorunami. Tak czy siak nic mi się nie chce. Wczoraj wyprałam ubrania na wyjazd. W sumie dwie rundy, dwa pełne bębny pralki. Jutro prasowanie. I lekcja. Pojutrze może uda mi się podjechać na pocztę i uregulować opłatę rekrutacyjną na studia, w środę 3 lekcje, w czwartek być może jedna, a w piątek wyjazd. Oj, w piątek. W piątek w nocy, prawie w sobotę. W Finlandii upały takie jak u nas, na dodatek mieszkanie K. jest na najwyższym piętrze i w dzień niemiłosiernie się nagrzewa. Na szczęście w przyszłym tygodniu ma się nieco ochłodzić, więc może przeżyjemy. Kiedy w piątek zdałam sobie sprawę, że został już tylko tydzień, zaczęłam się denerwować podróżą. Jakby stresu było mało, samochód Skarba nawalił i jest w warsztacie. Odzyska go dopiero kilka godzin przed moim przyjazdem. OK, koniec narzekania. Ważne, że w ogóle odzyska, prawda? I cieszę się, że tam jadę. Spędzimy razem cudowny czas, poznam jego rodziców, kraj, pierwszy raz polecę samolotem. Co z tego, że samiuteńka, przecież jestem dorosłą, samodzielną kobietą. Lotniska są fantastycznie oznaczone, znam język, więc w razie czego mogę pytać ludzi, połapię się we wszystkim. Będzie wspaniale! Teraz skończę swoją herbatę, poczytam coś, pogram, zaplanuję szczegółowo najbliższy tydzień i od razu poczuję się lepiej :)

piątek, 25 lipca 2014

Dentysta i zakupy przedwyjazdowe

Zaliczyłam wczoraj dentystę.

Nie, nie, nie, jeszcze raz.

Zaliczyłam wczoraj WIZYTĘ u dentysty. Wyjazd tuż-tuż, a jak niedawno skubnęłam delicję, to coś mnie nieprzyjemnie zakuło. Przyznaję, trochę się przestraszyłam, bo jeżeli chodzi o zęby wiadomo, że mały ból, wręcz bóliczek, sygnalizuje problem. I to jeszcze problem z tych, które same nie znikają, tylko rosną, rosną i rosną. Nie czekając aż znajdę się na północy, gdzie cena opieki medycznej powala nie tylko obcokrajowców, pognałam w te pędy do zębologa. OK, trochę przesadzam, bo od mojego telefonu do wizyty minął jakiś tydzień. W każdym razie, najszybciej jak mogłam, znalazłam się na fotelu. Oczywiście doktorek trochę się śmiał z mojej wrażliwości, którą dobrze pamiętał mimo, że ostatni raz widzieliśmy się 1,5 roku temu. No cóż, pewnie nieczęsto trafia mu się pacjentka, która wzdryga się na samo dmuchanie po zębach, a skóra jej cierpnie na sam dźwięk borowania. Otworzyłam paszczękę, a ten od razu wyskoczył z pytaniem czy ostatnio były jakieś stresy. No tak, egzaminy, obrona, rekrutacja na studia II stopnia, która spędza mi sen z powiek i skręca żołądek w supeł, plus perspektywa pierwszego lotu samolotem ever (samotnego, dodam) na daleką północ, do krainy mojego mężczyzny, gdzie poznam jego świat, jego rodziców i o-matko-przenajświętsza-a-co-jeżeli-zapomnę-języka-w-gębie. Tego wszystkiego oczywiście mu nie powiedziałam, skupiłam się tylko na aspekcie wykształcenia. I tutaj dowiedziałam się tego, o co już dawno siebie podejrzewałam - w stresujących sytuacjach zaciskam zęby (dosłownie), co z biegiem czasu zaczęło powodować odsłanianie się szyjek zębowych. W tym momencie bardzo się cieszę z tej swojej wrażliwości, bo dzięki temu szybko reaguję i nie doprowadzam swojego uzębienia do tragicznego stanu. Podsumowując, zębolog zęby polakierował, powiedział czym płukać, czym myć (tutaj trochę pochichotał jak mu powiedziałam, że i tak używam delikatnych szczoteczek) i dał próbki past dla nadwrażliwców. Kamień z hukiem spadł mi z serca, kiedy dowiedziałam się, że czeka mnie tylko lakierowanie, oczywiście jako urodzona optymistka założyłam najczarniejszy scenariusz (lekarz mówi, że trzeba kuć i wiercić, podczas zabiegu czuje się jak Buonarroti i rozkuwa mi ząb na pół, po czym trzeba jechać do szpitala, gdzie zostaję uziemiona na parę tygodni, w związku z czym nie mogę lecieć do mojego Skarba), a wszystko po to, żeby potem przeżyć pozytywne zaskoczenie niż ciężki szok.

Czuję, że wyjazd coraz bliżej i coraz bardziej mnie to cieszy. Dzisiaj w końcu się zebrałam i zrobiłam rewolucję w szafie. Przy okazji poszło jakieś 10kg ubrań do prania. Jutro się za to wezmę, później już tylko prasowanie, sprzątanie i pakowanie przeplatane lekcjami z uczniami. I dobrze, więcej pracy = mniej stresu. Muszę się tylko pilnować, żeby zębów nie zaciskać. Nawet zębolog powiedział, że nie powinnam się stresować. No jasne, bo ja to robię dla przyjemności... Dla polepszenia ogólnego samopoczucia zamówiłam dziś torebkę. Śliczną. Fantastyczną. Delikatną. I, co w sumie najważniejsze, praktyczną. A jeżeli już mówię o zakupach, Skarb kupił mi dziś kartę autobusową. Na całe miasto i okolice. Słówkiem mi nie pisnął, że w ogóle o tym myślał. No dobra, kilka miesięcy temu mówił, że przydałoby mi się coś takiego, ale byłam przekonana, że wrócimy do rozmowy jak już do niego dolecę. I poduszeczkę też kupił. Bo zauważył, że ja tylko na takiej śpię, a tych dużych w ogóle nie używam, a on chce, żeby mi było wygodnie. I jak tu go nie kochać?

Na koniec jeszcze kontynuuję temat zakupów. Robiąc ostatnie zakupy kosmetyczne, postanowiłam porozpieszczać trochę futrzaka i kupić mu jego ulubione chrupeczki. Chrupki-antykłaki. I czego się dowiedziałam? Że chrupki-antykłaki to po prostu ODKŁACZACZ.
Ktoś jest bardzo kreatywny :)

środa, 23 lipca 2014

II stopień

W końcu zdecydowałam się na kolejny mały krok do przodu. Zarejestrowałam się na studia II stopnia. Za 2 miesiące wyniki rekrutacji. Czyli czeka mnie kilka tygodni nerwówki zanim wszystko się rozstrzygnie. To chore, że wyniki ogłaszane są tydzień przed rozpoczęciem roku akademickiego i studenci spoza miasta muszą szukać mieszkania nawet nie wiedząc czy w ogóle będą studiować. Owszem, mogą zaczekać na ostatni moment, ale wtedy dobrego lokum raczej nie znajdą. Boję się, okropnie się boję, bo bardzo mi zależy na kontynuacji studiów. No ale nic, będę musiała wyłączyć myślenie o edukacji na najbliższe tygodnie. Zamartwianie się nic nie zmieni, a stres naprawdę nie jest mi teraz potrzebny. Muszę się skupić na rzeczach znacznie przyjemniejszych, na przykład podróżach. A zwłaszcza jednej podróży, trochę na północ. Za tydzień o tej porze będę powoli wkładać rzeczy do walizki :) Już nie mogę się doczekać kiedy padniemy sobie z K. w objęcia. Noc będzie długa, bo na miejsce powinnam dotrzeć ok. 1:30 czasu lokalnego, a miną jakieś 2 godziny zanim dotrzemy do miasta mojego Skarba. Będzie dobrze. Jak tylko dolecę nie gubiąc po drodze bagażu i zobaczę go na lotnisku, będę bezpieczna i szczęśliwa. Nawet dobrze się to wszystko czasowo złożyło, bo te kilka tygodni spędzone z K. pozwolą mi się zrelaksować i odnaleźć równowagę między dobrym i złym stresem. I zawsze czas oczekiwania na wyniki rekrutacji skurczy się błyskawicznie. Ach, miałam o tym nie myśleć... 

poniedziałek, 21 lipca 2014

Zakupy w drogerii

Trochę bałam się, że mój wczorajszy biszkopcik będzie siedział i siedział, a on się tylko mignął i na tę chwilę została już sama końcówka :)
Pojechałam dziś rano do Krakowa z zamiarem zakupu prezentu dla rodziców Skarba. Już w drodze na busa zaczęłam się topić, w drodze do Krakowa nie było lepiej, jak i w samym mieście. Zrobiłam kilka kilometrów po grodzie Kraka, bo akurat tam gdzie powinnam dostać to co chciałam, nie było nic. Na szczęście po paru godzinach chodzenia i szukania, udało mi się kupić to co chciałam. Po drodze zahaczyłam jeszcze o drogerię i tutaj miałam ciekawą (kolejną już) sytuację. Z myślą o zbliżającym się wyjeździe, chciałam zaopatrzyć się w chusteczki nawilżane. Wybrałam wersję dla niemowląt, bo te zwykle mają delikatny skład. Przy kasie pani bacznie mi się przyjrzała i zapytała:
P: Czy ma Pani naszą kartę?
ja: Nie, nie mam.
P: (przygląda się) Jeżeli ma Pani dziecko...
ja: O_o
P: ... lub jest Pani w ciąży...
ja: O_____o
P: ... może Pani dostać naszą kartę i korzystać też ze zniżek na produkty dziecięce.
ja: Ach. Dziękuję. Nie mam dziecka, w ciąży też nie jestem, ale będę pamiętać i może kiedyś skorzystam z oferty.

No wiecie co... Dlaczego ja mam takie szczęście, że kiedy jestem w drogerii i kupuję produkt dziecięcy, od razu musi dziać się coś dziwnego? Jakiś czas temu chciałam kupić olejek na rozstępy, świetny do ciała i także na włosy - właśnie z myślą o nich chciałam ten olejek wypróbować. Poszłam do drogerii (ta sama sieć co dzisiaj), ale w gąszczu buteleczek nie mogłam znaleźć tego, którego szukałam. Postanowiłam więc zapytać kobiety z obsługi. Bardzo miła Pani, też nie mogła znaleźć odpowiedniej buteleczki na tej półce, więc kazała podążać za sobą - po czym szybko pobiegła w inną część sklepu. Ja za nią. Nagle się zatrzymała, szybko wzięła olejek do ręki i bardzo głośno (czyt. na cały sklep) oznajmiła: Bardzo proszę, oto olejek na rozstępy dla kobiet w ciąży, który Pani szukała. Trzeba było wtedy zobaczyć moją minę. Błyskawicznie wzięłam od niej butelkę, rzuciłam do koszyka i oddalając się szybkim krokiem wyrzuciłam  z siebie jednym tchem: bardzodziękujępanizapomoc!

Kupiłam jeszcze pas do walizki. Będzie bezpieczniej. I adresówkę. Został tylko prezent dla Skarba, sprzątanie, pranie, prasowanie, pakowanie i mogę lecieć :) Już za chwileczkę, już za momencik. A na razie Kraków ;)

niedziela, 20 lipca 2014

Niedzielnie

Porównując do zeszłego tygodnia, ta niedziela minęła mi wręcz pracowicie. Chęć zjedzenia na śniadanie czegoś lekkiego minęła mi gdy tylko się obudziłam i pomyślałam o przepysznym omlecie z szynką i cebulką. Pół godziny później już delektowałam się jego smakiem, a nieskromnie dodam, że wyjątkowo mi się udał. W kuchni rzuciła mi się w oczy miseczka z borówkami amerykańskimi, świeżo zerwanymi z naszego ogrodu. Borówki wręcz krzyczały, żeby coś z nimi zrobić. I dalej, ślinka mi pociekła na myśl o leciutkim jak chmurka biszkopcie z borówkami posypanym cukrem pudrem. Wyskoczyłam jeszcze szybko do ogrodu i zerwałam poziomki i, prawdopodobnie ostatnie w tym roku, maliny. Po niespełna dwóch godzinach biszkopcik był gotowy, a jego zapach wypełniał cały dom. Uwielbiam proste ciasta, a na te z masą nie mogę patrzeć. No, chyba, że chodzi o tort czekoladowy, wtedy nie znam umiaru w jedzeniu ;)
Reszta dnia minęła mi błyskawicznie. Jak tylko upiekłam biszkopt, zagłębiłam się w odpowiednie przewodniki, bo wiedziałam, że wieczorem będziemy ustalać z K. miejsca, które razem zwiedzimy w jego mieście i okolicach. I całkiem przepadłam - miałam skupić się na czytaniu przewodnika i ewentualnym punktowaniu gdzie co i jak, a w ruch poszedł Internet, odpowiednie strony, google maps, street view i... zrobiłam sobie tylko godzinną przerwę, żeby zrobić i zjeść obiad, a potem kontynuowałam wirtualne zwiedzanie. Wieczorem powróciłam do rzeczywistości by powyciskać z siebie trochę potu na treningu, wziąć prysznic i porozmawiać ze Skarbem. Nie mogę uwierzyć, że już za 2 tygodnie będziemy razem. Pamiętam kiedy 4 miesiące temu kupiliśmy bilety, wtedy sierpień wydawał się tak bardzo odległy. A teraz ten czas skurczył się do 2 tygodni. Oby tylko podróż minęła bezpiecznie. Będę lecieć pierwszy raz samolotem i to zupełnie sama, drżę trochę na myśl o pakowaniu, bramkach i kontrolach, a co będzie potem już mniej mnie stresuje - podczas lotu praktycznie nic nie zależy ode mnie, o swoje bezpieczeństwo mogę tylko zadbać wyłączając telefon i zapinając pasy, reszta w rękach załogi, więc dodatkowy stres jest tu zbędny. Jakoś nauczyłam się oszczędzać nerwy (a przynajmniej staram się to robić, dla własnego dobra), szczególnie jeżeli chodzi o sytuacje, w których mało co jest zależne ode mnie. 
Dobra, kończę już. Do wylotu zostały niecałe 2 tygodnie, więc z pewnością o podróżach i strachu coś się jeszcze tutaj pojawi. Uciekam do łóżka, a jeżeli ktoś to czyta - dobrej nocy życzę :)

sobota, 19 lipca 2014

Hawajskie mydełko

Tak, tak, zamierzałam pisać tu codziennie, jednak nie przewidziałam problemów z internetem. Zresztą, problemy z internetem mają to do siebie, że nie sposób ich przewidzieć - weźmy na przykład taką sytuację; Spokojne, ciepłe popołudnie. Do domu przyjechał mój Brat z kumplem opowiedzieć o ich podróży na Hawaje, z której dzień wcześniej wrócili. Pokazują zdjęcia, Brat jeszcze chciał skorzystać na swoim laptopie z internetu, więc podałam mu hasło do sieci, wszystko pięknie i cudownie. Kilka godzin później pojechali, ja zrobiłam sobie lekką kolację i zasiadłam przed komputerem, żeby przejrzeć fora, zrobić trening i szybko biec pod prysznic, bo ze Skarbem byliśmy umówieni na Skype. A tu cios w samo serce - nie można ustanowić połączenia. Połączenie niezaufane. Sprawdź datę i godzinę w celach bezpieczeństwa.

JA NIEZAUFANA?!

Komunikat kazał czekać kilka godzin. Poczekałam dwie. Dwie to przecież parę godzin, a od pary niedaleko do kilku. Zadzwoniłam do operatora, miły pan obiecał szybko się tym zająć.
O: Postaramy się naprawić problem w ciągu 24 godzin. Jak tylko się z tym uporamy, wyślemy do Pani wiadomość SMS. Jeżeli jednak będzie wymagana bardziej zaawansowana pomoc, nasi technicy skontaktują się z Panią i tam przyjadą.
ja: (nauczona, że w tego typu rozmowach trzeba pytać o najdrobniejszy szczegół) W porządku, a czy w te 24 godziny wlicza się także weekend, czy Państwo biorą pod uwagę wyłącznie dni robocze?
O: Nie, nie, nie, weekend też jest wliczany. Pracujemy cały czas, w soboty i niedziele również, w Wigilię, Boże Narodzenie, Nowy Rok, Wielkanoc...
ja: Dobrze! Wspaniale, w takim razie czekam na wiadomość.

Wnioski nasuwają się same: obsługa bardzo miła, a facet byłby uwielbiany przez wszystkich studentów, gdyby ktoś go zatrudnił w dziekanacie. Zakładając, że dziekanat szybko go nie zmieni, a nigdy nic nie wiadomo...

Awaria była w piątek, w sobotę popołudniu (o dziwo, problem rozwiązali w mniej niż 24 godziny), a wczoraj byliśmy za bardzo zajęci ze Skarbem, żebym tu coś napisała. Najwidoczniej tydzień wolnego wystarczył, żebym straciła rachubę czasu i zupełnie zapomniałam, że wczoraj była sobota. Dopiero K. mi przypomniał, że może przerwalibyśmy skypowanie, wzięli prysznic i wrócili po prysznicu na Skype jeszcze na dwie godzinki. Ach, bo tutaj muszę wyjaśnić, że zwykle staramy się panować nad czasem i w dni robocze iść spać wcześnie, bo K. musi wstawać o 6:00 czasu polskiego.

A co z tym tytułowym hawajskim mydełkiem? Otóż, dostałam taki mały podarunek od Brata. Mydełko  w kształcie prostokątnej kostki, zapakowane w szary papier przez który już wyraźnie czuć baardzo egzotyczny zapach.


Opakowanie mnie urzekło, spodobała mi się jego prostota. Jednak najbardziej zaskoczył mnie skład:
Przez taką ilość olejków w składzie, kusi mnie żeby spróbować umyć tym mydełkiem włosy. I pewnie się odważę, zobaczymy ;) Na pozostałych bokach opakowania możemy zobaczyć datę produkcji i sympatyczne opisy zachęcające do zakupu.


Opisy sympatyczne, bo są napisane w takim stylu, że kiedy je czytam, przed oczami mam starą hawajską babuszkę opowiadającą mi to wszystko :)

Dzisiaj w końcu postanowiłam otworzyć paczuszkę i w środku znalazłam kostkę zawiniętą w szary papier, cieńszy niż opakowanie. Muszę przyznać, że kostka może nie wygląda zachęcająco, ale za to pachnie obłędnie!
W wewnętrznej części opakowania znajdziemy też instrukcję obsługi mydełka ;)
Uff... Tyle. Na razie użyłam go tylko raz, skóra jest miękka i przyjemnie nawilżona. Zwykle po użyciu mydła moja skóra jest delikatnie napięta, tutaj jest inaczej, wydaje się delikatna jak u niemowlaka. Poczekam na odpowiedni moment i spróbuję umyć tym mydłem włosy ;)

środa, 16 lipca 2014

Pani z dziekanatu

Oj, jak dobrze! Dzisiejszy dzień był zupełnie inny od wczorajszego! Od rana miałam energię i chęć do pracy. Tak jak planowałam, zadzwoniłam rano do dziekanatu. Pani trochę kazała mi czekać, jednak kiedy już odebrała, nasza rozmowa wyglądała następująco:
ja - ja, PzD - Pani z Dziekanatu

PzD: Dziekanat, słucham.
ja: Dzień dobry! Nazywam się XY, studiuję Z i obroniłam się w piątek, 11go, czy może mi Pani powiedzieć kiedy dyplom będzie gotowy do odebrania?
PzD: Do miesiąca.
ja: Aha, czyli za miesiąc, 11go sierpnia, mogę się już zgłosić..?
PzD: Tak.
ja: (Tutaj coś mi zaświtało w głowie) A przepraszam, czy dziekanat jest czynny w sierpniu?
PzD: (tonem "przecież to OCZYWISTE") Nie.
ja: Rozumiem... (To akurat kłamstwo, bo nic nie rozumiałam) Czyli dyplomy będą gotowe w sierpniu, ale można je odebrać dopiero we wrześniu?
PzD: Tak.
ja: W takim razie dziękuję za informację. Do widzenia!
PzD: (trzask)

No... Także tego... Uczelniana logika. Dlatego na II stopień wybieram się do tej samej "placówki oświatowej". Nie zniosłabym drugi raz przyzwyczajać się do całej struktury na nowo.
Przy okazji zadzwoniłam też do Pani J. Ucieszyła się bardzo kiedy mnie usłyszała. Szczęśliwie, jeden pokój dla studentów ma jeszcze wolny i powiedziała, że może mi go zatrzymać. Ha! Czyli przytulna jedyneczka za kuchnią będzie na mnie czekać! :) Oby mnie tylko przyjęli na te studia...

Na dobranoc zdjęcie. Tym razem w obiektyw wpadł mi pies.

wtorek, 15 lipca 2014

Lista zażaleń

Zupełnie nie wiem co mi się dziś stało, ale nie miałam ochoty na nic. Dopadł mnie jakiś smutek, sama nie mam pojęcia dlaczego. Cały dzień snułam się z kąta w kąt, a potem miałam pretensje do siebie, że zmarnowałam czas. No, niezupełnie, bo zrobiłam kilka zdjęć mojemu futrzakowi. Co prawda sesja jakoś szczególnie go nie ucieszyła, ale przynajmniej zwierzak starał się jakoś ehem... pozować ;) Chociaż widząc jego minę, jestem pewna, że właśnie obmyślał plan ucieczki.

Dobija mnie rekrutacja na studia II stopnia, szukanie mieszkania w Krakowie (a nawet nie wiem czy mnie przyjmą na studia, wszystko okaże się dopiero pod koniec września, a wtedy dobrego mieszkania raczej nie znajdę), nagła wizyta u dentysty w przyszłym tygodniu, a do tego dochodzą przepadające lekcje z uczniami i w rezultacie brak odpowiedniej ilości środków na koncie. Wyjazd na północ coraz bliżej, pieniędzy coraz mniej, euro muszę skombinować. Czuję się trochę jak dziecko we mgle i mam nadzieję, że to tymczasowe.

DOSYĆ.

Jutro zadzwonię do dziekanatu, dowiem się kiedy będę mogła odebrać dyplom, żeby móc dokonać rejestracji na studia. Zadzwonię też do pani J, prosiła przecież, żebym dała znać po obronie, a przy okazji zapytam czy znalazła kogoś do mieszkania. Może uda mi się zaklepać co nieco. W związku z tym muszę też porozmawiać z rodzicami. Gdyby wszystko poszło po mojej myśli, udałoby się rozjaśnić dwie naprawdę istotne kwestie. Co do lekcji... Jutro mam 3 uczniów, trochę kasy powinno też wpaść za zaległą lekcję. Gdy tylko pogoda pozwoli, pojadę i kupię prezent dla Skarba i dla jego rodziców. Będzie dobrze.

Rano posprzątam pokój, wydrukuję materiały na lekcje, przejrzę szafę i posegreguję rzeczy do wyprania przed wyjazdem. W międzyczasie zadzwonię gdzie trzeba i może będę już więcej wiedziała. Do Krakowa najprawdopodobniej pojadę w piątek, więc mam czas, żeby jeszcze dobrze przemyśleć te prezenty. Właśnie zaświtała mi w głowie pewna myśl, mam nadzieję, że dobra...

I kto powiedział, że mózg w nocy nie pracuje? ;)

poniedziałek, 14 lipca 2014

Jak zaplanować życie?

Znowu piszę późnym wieczorem, ale obiecałam sobie, że będę tu codziennie. To jestem. Dzień był całkiem miły, skończył się mój Weekend Nicnierobienia, więc odetchnęłam z ulgą (sic!) i trochę posprzątałam, skróciłam spodnie (tak. sama. ręcznie.), zrobiłam lekcję z uczniem i trochę poplanowałam przyszłość bliższą i dalszą. Z przyszłości bliższej, aczkolwiek mocno związanej z przyszłością dalszą, czeka mnie rekrutacja na studia drugiego stopnia. Co, gdzie, jak -  w tej kwestii więcej zdradzę dopiero za jakiś czas. Natomiast jeżeli chodzi o przyszłość "bliską-najbliższą", planowanie znacznie uprzyjemniła paczuszka z północy :) Dawno temu zamawiałam darmowe broszurki turystyczne na jednej stronie. Niestety, strona zmieniła nieco swój profil i już nie ma wysyłki broszurek. Na szczęście nie jestem typem, który łatwo się poddaje i postanowiłam pociągnąć za odpowiednie sznureczki. Tym sposobem dotarłam do redakcji jednej strony turystycznej traktującej o Finlandii, gdzie - mimo, że normalnie się tym nie zajmują - bardzo miła dziewczyna obiecała mi coś podesłać. I oto są - cztery broszurki, naprawdę fajnie opracowane, a The Insider's Guide - album ze zdjęciami różnych części kraju i wypowiedziami ludzi z całego świata, którzy tam byli - cudo!
Niestety, żadna z broszurek nie dotyczy miejsca, gdzie będę już niedługo, ale nie martwię się tym - mam stare wydawnictwa, poza tym na miejscu będzie ze mną najwspanialszy przewodnik - mój Skarb - więc włos mi z głowy nie spadnie ;)
Co do tytułowego planowania życia - tak się właśnie to robi. Małymi kroczkami. Konsekwentnie. Uparcie, ale nie za wszelką cenę i na ślepo. I szanować marzenia. Nigdy ich nie ignorować, nawet tych dziecięcych i początkowo wydających się niemożliwymi. Jako 14-letnia dziewczyna marzyłam o wyjeździe do Finlandii, znalezieniu tam prawdziwej miłości i emigracji do tego kraju. Jednak gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że za 10 lat mój mężczyzna będzie Finem, a ja będę pakować walizkę na północ - pewnie bym się ucieszyła, ale mimo wszystko nie uwierzyłabym.
A wniosek jest taki, że marzeń, nawet tych najbardziej nierealnych, nigdy nie należy lekceważyć. I trzeba uważać co się planuje, bo jeszcze się spełni, jak to było w moim przypadku ;) Prawda jednak jest taka, że najpiękniejszych rzeczy, jakie zdarzają się nam w życiu, nie jesteśmy w stanie zaplanować. One same nas znajdą.

niedziela, 13 lipca 2014

Leniwa niedziela, mundial i domowe spa

Jednym okiem zerkam na finał Mundialu, drugim tutaj. Dzień zaczął się zaskakująco. O 7 mój futrzak uznał, że to idealna pora na miseczkę mięska, a jako że koty nie znoszą sprzeciwu - mięsko musiało być. Zwlokłam się więc z łóżka i postawiłam przed nim wypełnioną miskę, po czym zadowolona wróciłam pod ciepłą kołderkę. Dobrze, że nie zasnęłam od razu, bo pewnie nie usłyszałabym jak po chwili coś zaczęło się szamotać przy oknie. Oczywiście, kot. Wskoczył na parapet, a że okno było uchylone i sznurek od rolet wisiał swobodnie, jakimś cudem zwierzak się w ten sznurek zaplątał. Bogu dziękuję, że coś mnie tknęło i wstałam zobaczyć co się dzieje. Bruni był naprawdę wystraszony, bo myślał, że jak będzie ciągnął, to ten sznurek w końcu się przerwie. A tym sposobem właśnie zaciskał go sobie wokół szyi. Nawet nie chcę myśleć co by było gdyby się pośliznął i spadł z parapetu. A on ślizga się dosyć często, bo persy dłuższe włosy mają też na łapkach.
Kiedy ponownie wróciłam do łóżka i zasnęłam, zadzwonił mój mężczyzna. "Bo uwielbia słuchać mojego głosu tuż po przebudzeniu". No bomba. Nawet nie pamiętam co dokładnie mu mówiłam, nie wiem czy chcę wnikać w szczegóły. I tak go uwielbiam.
Tak jak wczoraj zaplanowałam, urządziłam dziś sobie małe, domowe spa. Weekend po obronie miał być leniwy i starałam się tego trzymać. W głowie tylko snuję plany na najbliższy tydzień. A w zasadzie 3 tygodnie pozostałe do mojego wylotu. Odlotu. Wyjazdu. Zwał jak zwał - wakacji ze Skarbem.
A wracając do spa... Na pierwszy ogień poszedł olej kokosowy do włosów. Dawno ich tak nie rozpieszczałam, ostatnio ciągle tylko maski, maski, maski. Mało brakowało, a zapomniałabym jak uwielbiam zapach kokosu na włosach! Olej doprowadziłam do postaci płynnej, rozprowadziłam na mokrych włosach i zostawiłam na kilka godzin, niech kłaki się cieszą. W międzyczasie porozpieszczałam też paznokcie, które z kilkudniowym lakierem czekoladowym (teoretycznie zwanym rubinem, ale rubinowy okazuje się tylko przy zmywaniu) nie prezentowały się najlepiej. Zmyłam tę czekoladę, wymoczyłam dłonie w wodzie z cytryną, potem skróciłam paznokcie (2 mm to już dla mnie za dużo), opiłowałam, odsunęłam skórki i pomalowałam na beżowy nude. Później trening, a po treningu kąpiel z dodatkiem soli cytrynowo-sosnowej, do tego peeling cukrowy domowej roboty, żel nawilżający adidas i mam skórę jak niemowlę ;) Swoją drogą, nie wiem jak wcześniej funkcjonowałam bez peelingu cukrowego - fantastyczny, polecam każdemu!
OK, druga połowa się zaczęła, wracam do kibicowania :)

sobota, 12 lipca 2014

Życie po obronie

Miałam na dziś Wielki Plan Nicnierobienia. Ostatnio siedziałam tylko w książkach, kując słówka, zwroty, gramatykę lub czytając lektury do obrony. Dziś miało być inaczej. Miałam leżeć i pachnieć. Nie robić nic. Nie myśleć. Odpoczywać. Miałam... Jak to zwykle w czasie wolnym bywa, obudziłam się wcześniej niż zwykle. Po leniwym śniadaniu zaczęłam grać w grę. Wytrzymałam może 40 minut. Zainstalowałam drugą, strategiczną. "Strategiczna wciągnie". Wciągnęła może na pół godziny. Głupie seriale, zabawy z kotem, z psem, wycieczki do kuchni - matko, jak to nicnierobienie strasznie męczy! Wytrzymałam do 14, potem wzięłam się za generalne porządki w biurku. Trochę się tego nazbierało i nawet sesja i obrona nie pomogły mi wcześniej się zmobilizować, żeby to ogarnąć. A wiadomo, że kiedy student ma sesję, jego mieszkanie lśni. Wywaliłam wszystko z szuflad. Wszystko, absolutnie wszyściuteńko. Wyczyściłam każdy zakamarek, okruszki co do jednego zniknęły. Przejrzałam każdą karteluszkę, którą trzymałam w tych szufladach. Prawie połowa wylądowała w koszu. Po co ja trzymałam stare oferty promocyjne w sklepach kosmetycznych albo paragony po bułkach? Z drugiej strony to nawet lepiej, inaczej nie miałabym przecież co robić. Jutro niedziela. Zrobię sobie domowe spa, a co!

piątek, 11 lipca 2014

"Jestem licencjatem"

Obroniłam się. Jestem absolwentką uczelni państwowej. Zdobyłam wyższe wykształcenie. W głowie jeszcze wszystko szumi, włosy nadal wilgotne od deszczu, ciałem w domu, jednak myślami nadal jestem na uczelni, ale tak - mam licencję na... nauczanie. Nie mogę w to uwierzyć. Przez kilka ostatnich tygodni lub miesięcy (lat?) żyłam z dnia na dzień, od zajęć do zajęć, z nosem w książkach i nagle to wszystko się skończyło. OK, to dopiero pierwszy stopień, teraz muszę poważnie się zastanowić co dalej.
O, słońce wyszło zza chmur. To jakiś znak?
W głowie mam za dużo myśli. Czasu coraz mniej, trzeba w końcu coś postanowić. Jutro. Dziś nie, dzisiaj odpoczywam.