środa, 31 grudnia 2014

2014 - garsc podsumowan

Z gory przepraszam, ze dzisiejszy post jest pisany bez polskich znakow i generalnie moze zawierac bledy, ale jak mogliscie dowiedziec sie z wczesniejszych postow, jestem wlasnie poza Polska i nie korzystam ze swojego komputera ;) Korzystam za to w pelni z urokow prawdziwej, finskiej zimy i zachwycajacego piekna tego kraju. Jestem tu dopiero drugi raz, a juz czuje sie jak w domu. Jak gabka chlone tutejsza kulture, zwyczaje i osluchuje sie z tym trudnym, ale jakze pieknym jezykiem. Najwazniejsze jednak jest to, ze moge sie tym wszystkim zachwycac razem z najblizsza memu sercu osoba, ktora kocham kazdego dnia coraz bardziej i wiem, ze moje uczucie jest odwzajemnione.
Dzis ostatni dzien roku. Data, ktora sama w sobie jakos podswiadomie sklania do rozmyslan i podsumowan. Jaki byl dla mnie 2014? Zgodnie z planem, lepszy od 2013. Lepszy patrzac glownie na moje studia i proces usamodzielniania sie ;) Rok baardzo bogaty w doswiadczenia oraz poznawanie i pokonywanie wlasnych slabosci. Pierwsza polowa roku byla troche pasywna, wszystko zaczelo rozkrecac sie w czerwcu, a w lipcu calkiem nabralo predkosci, ktora nadal sie rozwija. Jezeli chodzi o wspomniane pokonywanie wlasnych slabosci i stawianie czola wyzwaniom, pierwszy maly przelom nastapil w marcu, kiedy zaczelam dawac korepetycje. Wczesnie, jako osoba slabo wierzaca we wlasne mozliwosci, zwyczajnie balam sie czy poradze sobie z takim indywidualnym nauczaniem. Jak sie okazalo, daje rade ;) Kolejnym malym-duzym krokiem byly czerwcowe egzaminy, gdzie udowodnilam sobie, ze potrafie. Miesiac pozniej kolejny egzamin zakonczony sukcesem: obrona licencjatu i tego samego dnia zalozenie tego bloga, co tez chcialabym tu odnotowac, bo to jednak moje male miejsce w sieci, do ktorego bardzo lubie wracac :) Po czerwcowych i lipcowych stresach przyszedl czas na wakacje i relaks: w sierpniu pierwszy raz odwiedzilam kraj swojego Ukochanego, pierwszy raz lecialam samolotem i pierwszy raz odbylam tak daleka wycieczke sama. Podroz opisalam (wierzcie mi, w skrocie) w czterech czesciach na blogu: 
Wrzesien uplynal pod znakiem studiow magisterskich. Nie obylo sie bez drobnych przejsc, gdzie z przekladoznawstwa, przez literaturoznawstwo wyladowalam na kulturoznawstwie, czego w ogole nie planowalam i czego teraz, po kilku miesiacach, absolutnie nie zaluje. Od pazdziernika dni zaczely uciekac w zastraszajacym tempie, podobnie w listopadzie i grudniu. W pazdzierniku miedzy bieganiem na zajecia i kursowaniem miedzy domem, mieszkaniem i uczelnia, zdazylam kupic bilety na moj grudniowy wyjazd do Skarba. Pod koniec listopada niespodziewanie odeszla pani J. i wyprowadzilam sie z Krakowa, pierwsze trzy tygodnie grudnia to budzenie sie o 5 lub 6 rano, dojazdy na uczelnie zdezelowanymi, smierdzacymi busami i czekanie na zajecia po 1,5 - 2 godziny. Swieta minely za to baardzo mile, zaraz potem wyjechalam do Finlandii i jeszcze tu jestem :)
A jaki bedzie 2015? Czas pokaze, plan natomiast jest jeden, niezmienny od lat: uczynic ten rok lepszym od poprzedniego! I tego Wam zycze, trzymajcie sie! A na koniec kilka zdjec z polnocy :)

Polski (a konkretnie krakowski) akcent na dworcu kolejowym w Helsinkach. 

 W Polsce podobno zimno? ;)
 Ostrzezenie przed skrzatami mieszkajacymi pod ziemia
I urocze karmniki :)

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Szampon Urea, ISANA Med

Dzisiaj kolejna recenzja kosmetyku do włosów. Szampon Urea poznałam końcem stycznia 2014, kiedy to postanowiłam świadomie zacząć dbać o włosy. Skuszona niską ceną i pozytywnymi opiniami, wrzuciłam butelkę szamponu do koszyka. Jak się sprawdził?

niedziela, 21 grudnia 2014

Święta, Święta...

Boże Narodzenie zbliża się wielkimi krokami, chociaż pogoda za oknem bardziej zbliżona jest do Wielkanocy. W domu coraz intensywniej pachnie Świętami, a ja jestem podwójnie zabiegana, bo oprócz typowych przygotowań, w tym roku przed Wigilią chcę ogarnąć wszystkie sprawy uczelniane z uwagi na mój wyjazd do Finlandii. Jak znam życie, od 24go czas zacznie biec jak szalony i nie będzie już kiedy zrobić prania, prasowania, pakowania walizki itd. Tym sposobem biegam wszędzie i ze wszystkim, ale jak na razie nie przewiduję żadnych poślizgów ;) Stresuję się podróżą, bo tym razem czeka mnie kilka przesiadek - pierwsze jadę z domu do Krakowa, z Krakowa do Warszawy, z Warszawy do Helsinek, a stamtąd już ze Skarbem do jego rodziców (skąd parę dni później pojedziemy do jego mieszkania w Tampere). Ogólnie podróż zajmie cały dzień. Pierwszy raz będę jechać Polskim Busem, mam nadzieję, że jest pewniejszy niż pociąg. Podobnie, pierwszy raz w życiu będę na Okęciu. Całkiem sama. Do tej pory poznałam lotnisko w podkrakowskich Balicach, które - powiedzmy sobie szczerze - do olbrzymów nie należy. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem i nie będę musiała biegać po Okęciu z wywieszonym językiem, ciągnąc za sobą walizkę - przeżyję. Dolecę. Padnę w ramiona. I będziemy się cieszyć :) A tymczasem trzeba lecieć... ogarniać się na Święta. Jeszcze tu wrócę!

wtorek, 16 grudnia 2014

Garnier Fructis Goodbye Damage

Doszłam do wniosku, że w moim małym (jak na razie) spisie recenzji kosmetycznych, wyraźnie brakuje opinii o produktach do włosów. A szkoda, bo odkąd zaczęłam bardziej troszczyć się o ich kondycję, wypróbowałam naprawdę sporo produktów i byłoby kiepsko gdybym przemilczała ich istnienie, chociażby dla samej siebie. Warto wiedzieć co się u mnie sprawdziło, a co powinnam omijać szerokim łukiem. Tym sposobem dzisiaj mam dla was recenzję odżywki wzmacniającej włosy z serii Goodbye Damage firmy Garnier Fructis. Można powiedzieć, że odżywka weszła na rynek z hukiem - zaczęło się od Wielkiego Testu na wizaz.pl, w którym 3000 forumowiczek miało szansę przetestować 100ml tajemniczego produktu znajdującego się w opakowaniu z opisem składników i sposobu użycia. Ja właśnie byłam jedną z tych 'testerek' i w ciemno wypróbowałam kosmetyk. Co o nim myślę?

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Między pomiędzy gdzieś - małe podsumowania 2014.

Przeżyłam tydzień codziennych dojazdów na uczelnię. Jakoś daję radę, ale łatwo nie jest. Nie od dziś wiadomo, że należę do osób, które wybitnie nie lubią marnować czasu. A takie codziennie podróżowanie busem tam i z powrotem to niesamowite marnotrawienie czasu, pieniędzy i energii. Już pominę ryzyko, bo niektórzy kierowcy tak jeżdżą, że serce ma się w gardle przez całą podróż. I co z tego, że zaplanuję sobie czytanie książki przez ten czas, kiedy warunki na to nie pozwalają, bo jadę na uczelnię jak za oknem jest jeszcze ciemno, a wracam już po zmierzchu? 2x w tygodniu wstaję o 5 rano, na uczelni jestem już przed 8, a wszystko po to żeby zdążyć na zajęcia, które zaczynają się o 9:45. Może moja urocza miejscowość nie jest położona daleko od Krakowa, ale niestety połączenia z miastem są, delikatnie mówiąc, kiepskie. Pocieszam się myślą, że koniec semestru coraz bliżej, ciągle szukam też jakiegoś kąta w Krakowie i wierzę, że wszystko ułoży się po mojej myśli.

Tymczasem nadszedł grudzień. A grudzień to dla mnie taki magiczny miesiąc, kiedy podświadomie w głowie zaczynam robić różnego rodzaju podsumowania, czas przyjmuje zawrotną prędkość, dni uciekają jak szalone i zanim się nie obejrzę, miesiąc już dobiega końca. Ponadto, grudzień ma dla mnie szczególne znaczenie ze względu na fakt, że właśnie w tym miesiącu zupełny przypadek sprawił, że poznałam swojego Skarba. Tym sposobem już od kilku ładnych lat mam kolejne miłe skojarzenie z okresem Bożego Narodzenia. Tylko jedno smutne wspomnienie sprzed dziesięciu lat przyćmiewa ten czas, ale z każdym rokiem ciężar ten staje się lżejszy. W tym roku wyczekuję Świąt jeszcze niecierpliwiej, bo dane mi je będzie spędzić razem z moim Ukochanym i jego rodzicami. OK, może niekoniecznie Świąt jako takich, bo do Finlandii przylecę dopiero w drugi dzień Świąt, ale to zawsze okres bożonarodzeniowy.

Wspomniałam o podsumowaniach. Temat nasunął się niespodziewanie, kiedy nagle zdałam sobie sprawę, że listopad dobiegł końca. Pomyślałam o tym gdzie byłam dokładnie rok wcześniej i jak wiele od tego czasu się zmieniło. A ostatni rok był dla mnie bardzo intensywny. Grudniowo-styczniowy pobyt Skarba w Polsce, wspólne witanie Nowego Roku, późniejszy powrót na studia, egzaminy, obrona licencjatu, pierwsza wizyta w ojczyźnie mojego Ukochanego, poznanie jego rodziców, rekrutacja na studia magisterskie, może nie bez przejść, ale przynajmniej zakończona sukcesem, październikowy powrót na tzw. stare śmieci do Krakowa, niespodziewana śmierć pani J. w listopadzie i późniejsze zmagania z ubarwianiem szarej rzeczywistości. Mimo ostatnich dosyć smutnych wydarzeń, z pewnością dobrze zapamiętam ten rok. Nieważne jak patetycznie to zabrzmi, był to rok nowych początków, powrotów, przewrotów i rewolucji. Szczęśliwie mogę napisać, że wydarzyło się więcej dobrego niż złego i bardzo dużo się nauczyłam. I wyjątkowo nie mam tu na myśli wyłącznie moich studiów ;) Teraz z podniesioną głową i uśmiechem na twarzy patrzę w przyszłość, bo wiem, że mając u boku tak wspaniałych ludzi jak mój Skarb i rodzina, mogę osiągnąć naprawdę wiele :)

niedziela, 30 listopada 2014

listopadowa cisza

Zaskakujące jak życie może zmienić się na przestrzeni kilku dni. Człowiek żyje sobie z dnia na dzień, bardziej lub mniej spokojnie, planuje i nagle wszystkie te plany biorą w łeb. Jeżeli dokładnie śledzicie mój blog wiecie, że do tej pory kursowałam między domem rodzinnym, gdzie w weekendy daję korepetycje, a Krakowem, gdzie w tygodniu studiuję. Od początku studiów mieszkałam u starszej pani na stancji, co dziwiło 95% osób, z którymi podczas rozmów były poruszane kwestie mieszkaniowe. Sytuacja budziła niemałą ciekawość jak takie życie wygląda, "przecież w takim układzie wolno mi mniej niż mieszkając z rodzicami". Pytania o ewentualne konflikty pokoleń, dogadywanie się i wzajemną tolerancję powtarzały się przy każdej wzmiance o mieszkaniu. Odpowiedź pozostawała ta sama: mieszkało się razem wspaniale. Osobne pokoje, domowa, ciepła atmosfera, odpowiedni stopień prywatności, "nieinwazyjne" zachowanie obu stron, układ wręcz idealny. To w sumie było całkiem zrozumiałe, gdyby coś mi nie odpowiadało nie spędziłabym w tym mieszkaniu kilku lat. Fakt, nie każdemu coś takiego by pasowało, ale ja sama jestem osobą niekonfliktową, nie mam wygórowanych wymagań poza cywilizowanymi warunkami, spokojem do nauki i "robienia swojego". Było dobrze. Było. Aż do zeszłego tygodnia, kiedy pani J. poszła na operację. Przez tydzień nie było wiadomo co się dzieje, w czwartek rano uzgodniłyśmy z sąsiadką, że po zajęciach zadzwonię do pani J. i dowiem się jak operacja. Kilka godzin później, kiedy otwierałam drzwi do mieszkania, sąsiadka znowu mnie złapała. Od razu zaczęłam mówić, że za moment zadzwonię, kiedy mi przerwała i powiedziała słowa, których szczerze nienawidzę. "Już nie trzeba. J. zmarła wczoraj wieczorem, serce nie wytrzymało". Zmroziło mnie. Nie mogło i nadal ledwo do mnie dociera, że osoba, mimo wieku i swoich problemów, tak młoda duchem, odeszła. Tak nagle. Pozostało puste mieszkanie, ulubiony fotel przed telewizorem, telefon, przez który prowadziła wielogodzinne rozmowy z koleżankami, kosmetyki w łazience i otwarty sok malinowy w kuchni. I ogromna pustka w sercu. Nie przypuszczałam, że zdążyłam się tak przywiązać do tej, bądź co bądź, obcej osoby przez ostatnie kilka lat. Weszłam do swojego pokoju i nic nie byłam w stanie zrobić. Potem poszło już szybko, wpadła córka pani J. ze swoim mężem i oznajmili, że "no w zaistniałej sytuacji muszą ze mnie zrezygnować". Uzgodniliśmy, że jakoś się zorganizuję i do 7go grudnia opuszczę mieszkanie. Wróciłam do siebie, oszołomiona, w środku trzęsłam się jak galareta i zupełnie nie wiedziałam co robić. Dopiero rozmowa ze Skarbem mnie uspokoiła. To niesamowite, że on zawsze wie jak zareagować i czego w danym momencie potrzebuję. Co więcej, jego sposoby zawsze niezawodnie działają. Tak też było tym razem, kilkuminutowa rozmowa wystarczyła, żebym się opanowała, przestała płakać i zaczęła działać. Postanowiłam, że jeszcze tego samego dnia spakuję najpotrzebniejsze rzeczy i pojadę do domu. Nie chciałam zostać w jej mieszkaniu. Dopiero po rozmowie ze Skarbem zadzwoniłam do rodziców i powiedziałam co się stało. Okazało się, że dadzą radę po mnie przyjechać, więc wszystkie rzeczy mogliśmy zabrać jeszcze tego samego dnia. Tak też zrobiłam. Oszołomiona i kompletnie wyczerpana, już w czwartek wieczorem wylądowałam w domu ze wszystkimi bambetlami. Sen pomógł. Przestałam ciągle rozpamiętywać, z dnia na dzień jest lepiej. Rozmyślanie o mieszkaniu na razie odwieszam na haczyk. Możliwe, że dopiero na drugi semestr będę czegoś szukać. Bez ciśnienia, wrzucam na luz. Najważniejsze są studia. A dojeżdżając na uczelnię busem mam czas, żeby czytać, na co zwykle brakuje mi paru dodatkowych godzin w dobie. Grudzień na uczelni zleci błyskawicznie, później wyjeżdżam do Skarba, w styczniu końcówka zajęć i przygotowywania do lutowej sesji. Nad tym trzeba się teraz skupić. Będzie dobrze.

środa, 19 listopada 2014

Sposób na brwi - RefectoCil

Zawsze uważałam, że brwi i oczy są bardzo ważnym elementem twarzy. To właśnie one, skuteczniej niż słowa, potrafią przekazać innym nasze emocje i uczucia. Ile razy słyszymy, że ktoś ma iskierki w oczach lub że komuś "dobrze z oczu patrzy". O ile samego wyrazu naszego spojrzenia nie da się zmienić, pokombinować możemy jedynie z ogólnym wyglądem oczu i użyć różnych trików makijażowych, żeby np. optycznie powiększyć oczy, nadać im wyraz lub, jak niektórzy trafnie określają - CHARAKTER. Charakter można też wyrazić za pomocą brwi i na tym chcę się dziś skupić.

sobota, 15 listopada 2014

Posturodzinowo

Przedwczoraj świętowałam swoje urodziny. OK, w tym przypadku "świętowałam" to zdecydowanie za dużo powiedziane, biorąc pod uwagę fakt, że to był czwartek, a czwartek to dla mnie najbardziej morderczy dzień tygodnia. Dlaczego? Dlatego, że przez zajęciowe combo siedzę w instytucie od rana do 18 bez przerwy. No ale nie o tym miało być. Pamiętam ten dzień z poprzedniego roku. Było smutno, niepewnie i samotnie. W tym roku zupełnie inaczej - może też dzięki zabieganiu na uczelni właśnie ;) A wszystko zaczęło się od "gróźb" śpiewania Happy Birthday na seminarium :D Tak, zdecydowanie było cieplej, radośniej i jakoś tak bardziej rodzinnie niż rok temu. Dzień był wypełniony śmiechem, ściskaniem, życzeniami i szczęściem, zarówno na uczelni jak i w domu. Była też pewna romantyczna niespodzianka od Skarba, który baardzo mile mnie zaskoczył :) Kolejny raz :) Teraz biję się w klatę i żałuję, że ośmieliłam się myśleć, że zapomniał... 
Jak już wcześniej napisałam, nie było żadnego wielkiego świętowania, po 18 skończyłam zajęcia, a jako że piątek miałam wyjątkowo wolny, pojechałam do domu prosto z uczelni. W biegu jeszcze zdążyłam kupić prezent na urodziny mojej chrześnicy, która jutro będzie obchodzić swoje święto. W domu byłam ok. 20 i miło spędziłam czas z rodzinką. Chociaż tutaj muszę przyznać, że siedziałam trochę jak na szpilkach, bo wiedziałam, że w pokoju czekała nierozpakowana przesyłka z Finlandii :D Jednak dobrze było spędzić z bliskimi chociaż te dwie godzinki, pośmiać się, powspominać i porozmawiać. Wtedy uderzyło mnie jak bardzo wszyscy jesteśmy zabiegani i jak dawno nie było okazji, żeby po prostu usiąść, pobyć ze sobą i spokojnie napić się herbaty.
Á propos herbaty... Właśnie z takim rozkochanym zaparzaczem będę spędzać zimowe wieczory :) Co ciekawe, ostatnio wspomniałam Skarbowi o wspaniałej mieszance białej i zielonej herbaty z dodatkiem aloesu i kwiatu bławatka, którą namiętnie piję. K. zaczął wypytywać, czy dobre są takie połączenia, czy to zdrowe, czy to lubię itp. Dopiero przedwczoraj przyznał, że zadawał tyle pytań o tą herbatę, bo kilka dni przed naszą rozmową kupił właśnie taką podobną mieszankę :D Czasem mnie to przeraża, ale my naprawdę czytamy sobie w myślach. W każdym razie mieszanka Talven Taika, co znaczy 'zimowa magia', smakuje i pachnie naprawdę... magicznie! Do tego taka herbata naprawdę jest zdrowa ;)
Teraz już kończę, najwyższa pora na posprzątanie po kolacji i domowe SPA! W końcu przybył mi kolejny rok w metryce, więc nie mogę się zaniedbywać i muszę regularnie pielęgnować się także od zewnątrz! ;)

czwartek, 13 listopada 2014

Pollena Ostrzeszów, Biały Jeleń, hipoalergiczny płyn micelarny

Płyn micelarny firma Biały Jeleń wprowadziła na rynek stosunkowo niedawno, a z tego co widzę już zyskał sobie wielu zwolenników. Zresztą nie bez powodu ;) Sama szczęśliwie nabyłam we wrześniu swoją buteleczkę i jestem z tego zakupu baaardzo zadowolona. Z myślą o mojej nadwrażliwej cerze, chcę używać jak najmniej kosmetyków do twarzy - w związku z czym wszelkie mleczka i toniki do demakijażu staram się zastąpić płynem micelarnym. Niestety, większość z nich jest dla mnie za silna. Do Białego Jelenia przekonały mnie inne kosmetyki tej firmy, z jakimi miałam do tej pory do czynienia: mydła, szampony, itp. Jako że byłam zadowolona z ich działania, a zobaczyłam, że w ofercie pojawił się płyn micelarny właśnie do skóry wrażliwej, na dodatek przebadany w kierunku atopii, postanowiłam dać mu szansę. I to była bardzo dobra decyzja!

niedziela, 9 listopada 2014

Maska nawilżająca Alterra Granat&Aloes

Dzisiaj będzie bardzo pachnąco, naturalnie i... sentymentalnie. Maska Alterra Granat&Aloes to pierwsza maska, którą kupiłam kiedy zaczęłam bardziej interesować się pielęgnacją włosów. Często się zdarza, że na początku tzw. włosomaniactwa trafia się na wiele kosmetyków, które na naszych włosach się nie sprawdzą. Jak było w moim przypadku?

piątek, 7 listopada 2014

Physiogel, czyli pogotowie ratunkowe dla mojej wrażliwej skóry

Już nie pierwszy raz wspominam o swojej nadwrażliwej, alergicznej cerze. Odkąd pamiętam, skóra na mojej twarzy wiecznie sprawiała problemy. Będąc nastolatką poznałam paru dermatologów, jednak na "swoją" panią doktor trafiłam dopiero na studiach. Trafiłam i od razu ją wystraszyłam, bo wcześniej zdążyłam doprowadzić swoją twarz do takiego stanu, że wyglądałam jak ofiara wypadku. Skóra na twarzy wyglądała jak poparzona. I zresztą była. Czerwone, bolące plamy, na co dzień ukrywane pod makijażem, który skutecznie pogarszał ich stan. Oczywiście, to nie było tak, że zignorowałam podrażnienie i łudziłam się, że samo przejdzie. Wszystko stało się nagle. Nagle po zimie moja cera zaczęła wariować, więc zaczęłam gorączkowo szukać dobrego dermatologa w okolicy. Po wcześniejszych przygodach z lekarzami z przychodni, których praktyki nie przynosiły żadnych efektów, zdecydowałam, że umówię się na prywatną wizytę. Myślałam, że tym sposobem będzie też szybciej, ale myliłam się - na dr T. tak czy siak musiałam czekać 2 miesiące. I to właśnie po tych dwóch miesiącach moja twarz była w malowniczo opłakanym stanie.

Utrzymać tempo

Korzystając z przerwy na kawę i serial postanowiłam dać tu znak życia. Ostatnie dwa tygodnie zajęć na uczelni były ciężkie, mamy coraz więcej projektów i zadań do wykonania, czas chyba też jakoś zwiększył prędkość i sama nie wiem kiedy te dni uciekają. Jako że studia są teraz dla mnie priorytetem, zaniedbałam trochę treningi, ale już niedługo wszystko w tej kwestii nadrobię ;) Mam też do dodania kilka recenzji kosmetyków na blog i pomysły na posty. Poza tymi drobnymi zaniedbaniami, staram się jakoś utrzymać tempo, ogarniać wszystko co uczelniane, korkowe i powoli też przygotowywać do grudniowego wyjazdu na północ. Myślę o wszystkim na przód, może trochę za bardzo i może przeginam, co uświadomił mi nagły wybuch śmiechu brata, kiedy go zapytałam kiedy zamierza wracać do Krakowa po Bożym Narodzeniu... Dni pędzą jak szalone, pojawia się coraz więcej spraw, o których muszę pamiętać i których absolutnie nie mogę zawalić. Szaleństwo, ale mam nadzieję, że sytuacja się uspokoi jak tylko uporam się z pierwszym semestrem. Przeraża mnie upływ czasu, pogoda trochę oszukuje i temperatury są jak na listopad wyjątkowo wysokie, ale natury nie da się oszukać - szczególnie to we mnie uderza kiedy przyjeżdżam na weekend do rodzinnej miejscowości i widzę coraz bardziej nagie drzewa.
Powyżej zdjęcia, które wykonałam kolejno 26.10.2014 i dziś, 7.11.2014. 
Tak samo wracając z uczelni po 18 jeszcze 2 lub 3 tygodnie temu było całkiem jasno, teraz jest już ciemno. Zima się zbliża, a wraz z nią całe pasmo wyzwań i atrakcji na nowy rok. A tak swoją drogą, u nas jeszcze ciepło i z drzew spadają złote liście, a u Skarba wczoraj spadł śnieg! I to tak całkiem sporo pojawiło się białego puchu, oczom nie mogłam uwierzyć kiedy wysłał mi zdjęcia :) Z jednej strony chciałabym przeżyć taką prawdziwą fińską zimę kiedy tam przyjadę, a z drugiej... Strach się bać czy mój "południowy" organizm to wytrzyma ;) Dobrze jednak byłoby poznać możliwości fińskiej matki natury zanim się tam przeprowadzę :D

poniedziałek, 27 października 2014

AA Help Cera Atopowa i olej z wiesiołka

Od kilku dni źle się dzieje ze skórą na mojej twarzy. Jak niedawno wspominałam, drastyczne pogorszenie jej stanu nastąpiło po gwałtownym spadku temperatury na zewnątrz. Od tego czasu skóra na brodzie jest niesamowicie sucha i podrażniona. Maseczka z zielonej glinki i oleju kokosowego trochę pomogła, ale stwierdziłam, że potrzebuję jeszcze jakiegoś ratunku. Od jakiegoś czasu planowałam przetestowanie kremu półtłustego AA do cery atopowej. Chciałam kupić go na okres jesienno-zimowy, kiedy temperatury będą już bardzo niskie, ale buntująca się skóra skłoniła mnie do zakupu kremu trochę wcześniej. Jak się sprawdził?

sobota, 25 października 2014

Domowe SPA dla włosów, ciała... i duszy

Korzystając z weekendu postanowiłam się trochę porozpieszczać. OK, raczej sytuacja mnie do tego zmusiła. Przez ostatnie zmiany temperatur i nagłe ochłodzenie, skóra na twarzy znowu zaczęła się buntować. Podrażnienie, zaczerwienienie i okropne, schodzące suche płaty na brodzie. Postanowiłam szybko zareagować i pomóc sobie maseczką domowej roboty z zielonej glinki, odrobiny wody mineralnej i (jako że nie mam już oleju arganowego) oleju kokosowego. Maskę nałożyłam na całą twarz i zostawiłam na ok. 20 minut, po czym delikatnie zmyłam letnią wodą. Rezultat był widoczny od razu, skóra została wspaniale odżywiona i nawilżona, podrażnienie złagodzone, zaczerwienienie trochę zbladło i nawet skóra przestała się sypać. Po zmyciu maseczki posmarowałam twarz kremem Cetaphil, żeby utrzymać odżywienie. Po tym 'pierwszym etapie SPA' zrobiłam trening, który musiałam zawiesić po pierwszych dwóch dniach, kiedy dopadły mnie koszmarne zakwasy. Najwyraźniej ciało za bardzo przyzwyczaiło się do słodkiego leniuchowania i przeżyło szok po powrocie do ćwiczeń ;) Na szczęście dziś już było wszystko ok i spokojnie sobie potrenowałam. Po kolacji wróciłam do tematu rozpieszczania się: na wilgotne włosy nałożyłam cudowną maskę Alterra z granatem i aloesem, którą po prostu uwielbiam. Zachwyciła mnie od pierwszego powąchania, a kiedy jej użyłam, już wiedziałam, że zagości na bardzo długo w mojej łazience. Niesamowicie nawilża i odżywia włosy, które stają się przy okazji bardzo gładkie i miękkie. Zapach jest cudowny, w ogóle nie czuć chemii, tylko soczyste owoce. Konsystencja taka, jaką wg mnie powinny mieć maski i którą określam jako 'średniogęsta". Zmieniłabym trochę opakowanie, bo ta stojąca tubka może i jest estetyczna, higieniczna i co-tam-jeszcze, ale trochę uniemożliwia wydobycie produktu, kiedy już niewiele go zostało. A więc opakowanie do wymiany: na przykład na słój i to sporo większy. Wtedy już na pewno wszyscy będą w 100% zadowoleni! Po nałożeniu sporej ilości maski włosy zawinęłam na czubku głowy w koczek-ślimaczek, zawinęłam je w folię spożywczą, ociepliłam nawiewem z suszarki, zawinęłam w ręcznik i znowu ociepliłam nawiewem. Teraz już siedzę sobie z takim turbanem na głowie ponad godzinę i zaraz pędzę do łazienki na długą kąpiel. Do zmycia maski użyję szamponu ISANA Urea, a na końcówki nałożę odżywkę d/s Garnier Goodbye Damage. Ciało porozpieszczam solą do kąpieli i hawajskim mydełkiem, o którym pisałam TUTAJ. Lecę teraz do łazienki, a poniżej wrzucam zdjęcie dzisiejszych włosowych "trzech muszkieterów" ;) Trzymajcie się!

piątek, 24 października 2014

Matowe paznokcie, czyli polowania drogeryjne

Dzisiaj będzie trochę o kosmetykach. Od jakiegoś czasu szukałam matowego lakieru do paznokci, jednak, jako że większe doświadczenie mam z malowaniem ścian niż paznokci, ciężko mi było odróżnić takie lakiery na półkach drogeryjnych. Serio, kiedy zapytałam kogoś z obsługi o takie lakiery, okazało się, że były porozrzucane po całej szafie z kosmetykami i nie były nawet opisane, że są matowe. Na szczęście po kilku dniach wróciłam i okazało się, że chyba jakaś dostawa była, bo lakiery miały wydzielone osobne półeczki i były ładnie opisane. Było też ich znacznie więcej, co bardzo mnie ucieszyło. Zdecydowałam się na głęboki fiolet od Wibo, a na dodatek kupiłam jeszcze bezbarwny Top Coat od Lovely. Tutaj muszę zaznaczyć, że nie jestem maniaczką malowania paznokci i absolutnie nie dbam o to, by mieć całą kolekcję lakierów z najwyższej półki. Podejście to wzięło się z mojego przekonania, że jeżeli coś zmywam po kilku dniach, nie warto przepłacać. Wolę zainwestować w odpowiednią pielęgnację włosów, której efekty są nieporównywalnie lepsze (i zdrowsze) od najpiękniejszego manicure. Poniżej mała dokumentacja najnowszych zdobyczy:


Tak, wiem, dokumentacja także tego, że faktycznie większe doświadczenie mam z malowaniem ścian :D
Jeżeli chodzi o "fioletowe Wibo", maluje się całkiem przyjemnie. Dwie warstwy wystarczą, żeby wydobyć kolor. W celu ożywienia tego fioletu, dodałam też normalny, błyszczący lakier malinowy Mariza. Na koniec wszystkie paznokcie pomalowałam bezbarwnym Top Coat z Lovely, dzięki czemu kolor stał się jeszcze bardziej matowy. W ogóle topem jestem zachwycona, błyskawicznie wysycha i wygładza paznokcie. Oprócz tego, mogę pomalować paznokcie na dowolny kolor 'zwykłym' lakierem, który po nałożeniu topu będzie matowy. Wg mnie, to o wiele lepsza opcja od dublowania kolorów tylko dla efektu matu. Opakowania i pędzelki też są wygodne, nie za chude, nie za grube, dokładnie takie jak lubię. Jedyne zastrzeżenie jakie mam to szybkie "ścieranie się" matu na samych końcówkach paznokci. Ale to przecież drobny szczegół ;)

wtorek, 21 października 2014

Rewolucje październikowe, czyli samodoskonalę się!

Dzisiaj stwierdziłam, że 21szy dzień października to dobra data na małe zmiany. Tak po prostu. Jako że od 3 tygodni udaje mi się utrzymywać dobre tempo na uczelni, postanowiłam spróbować podobnej systematyczności w tzw. życiu pozauczelnianym. Tym sposobem w mojej lodówce zagościło zdrowe jadło (koniec z zupkami chińskimi, konserwami i czekoladkami na deser!), zapomniane kosmetyki wróciły do łask, podobnie jak (uwaga, uwaga!) treningi! Jeżeli chodzi o jedzenie, to nie było tak, że cały czas zajadałam się zupkami instant i konserwami. Po prostu są 2-3 smaki, które faktycznie lubię, a w niektóre dni, kiedy wracam padnięta z zajęć przed 19, trzeba szybko ogarnąć się na zajęcia następnego dnia, wziąć prysznic i coś zjeść, a do tego tak zorganizować czas, żeby pogadać chociaż pół godzinki ze Skarbem, zdrowe jedzenie schodzi na dalszy plan i wtedy sięgam po tego typu śmieci. Koniec z tym. Kanapki, jajecznica, owoce - wszystko lepsze od proszków! Z czekolady natomiast nie zrezygnuję - tutaj przerzucę się po prostu na gorzką, która jedzona w odpowiednich ilościach nawet może przynieść wiele korzyści. W kwestii pieczywa też nastąpi zmiana - mam Wielki Plan polubienia się z ciemnym chlebkiem. Lepiej trzymajcie kciuki, bo to już nie pierwsze podejście ;) Wspomniałam też o treningach. Codziennie. Wieczorem. I, o ile czas pozwoli, także rano. Pierwszy trening już za mną, modlę się żeby jutro nie było zakwasów, bo się zdemotywuję. A właśnie, w ramach tej motywacji wrzucę na blog notatkę, w której będę zapisywała każdy zaliczony trening. Mam nadzieję, że uda mi się aktualizować ją codziennie ;) W kwestii systematyczności i dbania o ciało jest jeszcze jedna istotna sprawa: kosmetyki, a konkretnie balsamy do ciała. Dziś rano przeżyłam szok, kiedy zobaczyłam jak wiotkie jest moje ciało. Moje niespełna 24letnie ciało, które powinno być jędrne i elastyczne! Na szczęście nie załamałam się (chociaż było blisko), tylko nabrałam pędu do działania. Tak, pęd - to jest właśnie to czego mi potrzeba, bo coś czuję, że jeżeli szybko nie zareaguję, to już nigdy nie uda mi się naprawić tego zaniedbania. Nie chcę, żeby za 2 miesiące Skarb na mój widok uciekł z krzykiem. Nie ma mowy, ma mruczeć z zachwytu! I będzie! A ja tymczasem naprawię drobne błędy żywieniowe, będę częściej patrzeć w lustro, żeby zmotywować się do treningów i będę wcierać i nacierać. Rano masło do ciała, wieczorem olejek. Wytrzymam. Będzie cudownie. A za 2 miesiące stanę przed Skarbem jako zadbana kobieta, a nie zaniedbany kurczak. Podkreślam, że w tym wszystkim nie chodzi mi o spadek wagi. Moim celem jest ujędrnienie ciała, poprawa kondycji i zdrowy tryb życia. Tyle. A tutaj będę zdawać relacje z (ewentualnych/ oczekiwanych/ dramatycznych/ pozytywnych/ niepotrzebne skreślić) efektów, tak żeby szybko się nie zniechęcić.

A tak już odbiegając od tematu rewolucji i metamorfoz, w miniony weekend, jak co weekend pojechałam do domu. Poniżej dowód na to, jak moje 'kocię' się stęskniło. Za plecakiem.
Zdjęcie nie jest dobrej jakości, ale musiałam się spieszyć, bo Bruno wyjątkowo nie lubi być fotografowany. Ba, na sam widok aparatu ucieka albo przynajmniej odwraca pyszczek.

wtorek, 14 października 2014

Cisza przed burzą

I znowu Kraków, tym razem deszczowy. Już miałam przewietrzyć głowę i iść na spacer, ale zaczęło padać, więc zostałam w mieszkaniu. I nie żałuję, zrobiłam porządki w szafkach, odkurzyłam i teraz relaksuję się przy Ice Latte. Taka mała chwila relaksu przed zakuwaniem słówek ;) A uzbierało się tego, oj uzbierało. Przykładowo: jeden przedmiot, 6 godzin w tygodniu, 3 podręczniki, z których tygodniowo wychodzi kilkanaście stron ćwiczeń do zrobienia. I przy okazji podobna ilość nowych słówek i zwrotów do ogarnięcia. Podkreślam, że to tylko jeden przedmiot, a jest ich kilka ;) Cisną jak nie wiem, ale lepsze to niż wykładowcy, którzy opierniczają się cały semestr, a potem pytania na egzamin biorą z... kosmosu. Październik jak na razie mija mi całkiem intensywnie, biegam między uczelnią, mieszkaniem, a domem. W międzyczasie załatwiam ksera, biblioteki i inne atrakcje. Tylko wieczory są spokojne, kiedy jestem już po prysznicu i wiem, że niedługo będziemy rozmawiać ze Skarbem. Może oszalałam, ale dzisiaj w biegu zrobiłam listę rzeczy, które chcę zabrać w grudniu do Finlandii. Cieszę się jak dziecko, że znowu będziemy mogli spędzić ze sobą trochę czasu :) O dziwo, zapowiada się, że tym razem będę potrzebować znacznie mniej rzeczy niż wzięłam w sierpniu. Ale to logiczne, teraz jadę tam na tydzień z małym haczykiem, nie na prawie 2. Poza tym, teraz wiem lepiej co zabrać, ostatnio prawie połowę walizki zajęły mi buty: "bo sandały, bo ma być gorąco, bo balerinki, bo pasują do tego i tego outfitu, bo czółenka, bo pojedziemy do rodziców, więc trzeba ładnie wyglądać, bo adidasy, bo co jeżeli jednak zacznie padać". Jakby to Skarb krótko, acz treściwie, podsumował: girls.
Tym razem będzie inaczej. W końcu wiem więcej, więc spakuję się rozsądniej. Kozaki na nogi, kapcie do walizki i to wszystko. Przynajmniej jeśli chodzi o buty ;)
Na szczęście pęd do działania mnie nie opuszcza. Chyba przez ten wyjazd coś mi się przestawiło i mam wrażenie jakby semestr kończył się przed Bożym Narodzeniem, ze wszystkim chcę zdążyć przed wyjazdem. Dzięki temu teraz, kiedy większość osób z seminarium nie ma jeszcze tematu pracy magisterskiej, ja powoli kompletuję bibliografię. A potem dziwię się Skarbowi, że nazywa mnie pracoholiczką... 
No, ale, ale! Jak to mówią, nie samą pracą człowiek żyje. W niedzielę, kiedy jeszcze byłam w domu, poszłam na spacer z aparatem w ręce (inaczej na spacery już chyba nie potrafię chodzić). Poniżej efekty, patrzcie i podziwiajcie (a co, odrobina 'skromności' jeszcze nikomu nie zaszkodziła ;)



sobota, 11 października 2014

Do przodu :)

Minął pierwszy 'prawdziwy' tydzień zajęć. Powoli pojawia się coraz więcej projektów, zadań, notatek, kserówek i nauki. Łatwo nie będzie, ale cały czas się pilnuję i staram się nie narobić sobie zaległości. Wczoraj przyjechałam do zacisza domowego i spokojnie sobie pracuję. Ogarniam notatki, potem zadania domowe i powtórki. Dobrze, że w tym tygodniu udało mi się popchnąć magisterkę do przodu i mam już temat. Promotorowi bardzo się spodobał i był nawet zadowolony, że tak szybko ktoś zaczął myśleć nad pracą. Teraz trzeba zacząć gromadzić materiały, co trochę potrwa. Ale spokojnie, tutaj już wrzucam na luz, mam czas do końca semestru, czyli do końca stycznia. Wybór tematu to pierwszy i naprawdę duży krok do przodu, potem wystarczy złapać wiatr w żagle i... do przodu :) Haha, tylko żeby to faktycznie było tak łatwo jak się mówi. Trochę boję się tej naszej polsko-brytyjskiej współpracy, ale w głębi duszy mam nadzieję, że będzie dobrze. Miałam dwóch promotorów do wyboru i jak na razie absolutnie nie żałuję swojej decyzji - wręcz przeciwnie, na każdym kroku przekonuję się, że to był słuszny wybór. I oby tak dalej. A teraz już dosyć o uczelni. Pogoda jest dziś wymarzona na spacer, więc po południu przejdę się gdzieś z aparatem w ręce, a póki co wrzucam dzieło, które chodzi za mną od 2 tygodni. Przepiękna kompozycja, od samego początku do końca. Głos, klawisze, emocje. Cudo. I tylko żałuję, że tak późno je odkryłam.

poniedziałek, 6 października 2014

Radosne kopy

Uff..! Dzisiaj niby wolny dzień, ale jakże produktywny! Nadgoniłam trochę materiału, pobiegałam po mieście, uzupełniłam braki zakupowe (z czego bardzo cieszą się też moje włosy, bo trochę się na mnie gniewały za brak odżywki d/s), wykonałam kilka telefonów, w tym jeden do bardzo miłej pani z PKP i najważniejsze... kupiłam bilety na samolot, w grudniu zobaczymy się ze Skarbem! Boże, jak się cieszę! Przylecę i to jeszcze w dzień tak ważny dla nas! Ogromny kamień spadł mi z serca kiedy już dokonałam zakupu. W zeszłym roku to Skarb po Świętach był w Polsce i spędziliśmy wspólnie Sylwestra, w tym roku już nie potrafię sobie wyobrazić witania Nowego Roku bez buziaka noworocznego od mojego mężczyzny ;)
O rany, ile wykrzykników w tym poście, ile pozytywnych emocji! Od razu życie wydaje się lekkie, a zajęcia na uczelni szczęśliwą przygodą pełną przemiłych wrażeń :D I faktycznie, dostałam dziś megakopa do działania, z rozpędu chyba nawet wybrałam temat pracy magisterskiej, chociaż tutaj wrzucę na luz i dam sobie czas do czwartku, czyli do seminarium. Ważne, że coś na ten temat się rozjaśniło w mojej rozczochranej. A teraz czas do spania, w końcu chcę, żeby jutro też był dobry dzień, a z niedoborem snu może być o to trudno ;)

sobota, 4 października 2014

Pierwszy (ty)dzień zajęć

I jestem. Studentka na wakacjach zniknęła z tytułu bloga, zamiast niej pojawiła się pogoń za szczęściem. Pogoń powoli rozkręcała się od kilku ostatnich miesięcy, a na dobre ruszyła 1go października. Jak na razie jest trochę swojsko i trochę obco jednocześnie. Niby te same mury, ale jednak jest coś innego. Nowi ludzie, znajomi, a w grupie same dziewczyny. Nie chcę się uprzedzać lub zostać źle zrozumiana, ale mam nadzieję, że przez to liczne damskie grono nie ucierpi nasza organizacja. W LO miałam w klasie 28 dziewczyn i 3 chłopaków, więc z doświadczenia wiem, że jeżeli w grupie liczebnie przeważa tzw. płeć piękna, bardzo często pojawia się nieoczekiwany problem gdy trzeba się jakoś zorganizować. Tutaj też zauważyłam, że nikt jakoś szczególnie nie pała entuzjazmem, nawet jeżeli chodzi o najprostsze rzeczy: wspólne kserowanie, integracja w grupie na portalu społecznościowym czy założenie grupowego maila. Póki co panuje zasada 'każdy sobie rzepkę skrobie', którą powolutku, drobnymi kroczkami, zamierzam zmienić. W głębi duszy mam też nadzieję, że ten dystans wynika z ogólnego onieśmielenia nową sytuacją i wszystko wkrótce zmieni się na lepsze. Póki co, uczelnia na każdym kroku dostarcza nam wrażeń. Harmonogramu zajęć nie otrzymaliśmy na rozpoczęciu 1go października. Spotkanie organizacyjne było po południu i wtedy obiecano nam podesłać rozpiskę zajęć na stronę. Spoko. Rozpiska pojawiła się ok. 22:45 w środę, zajęcia zaczynałam w czwartek rano. Rozczarowała mnie ta sytuacja, a jeszcze bardziej fakt, że kiedy przyszliśmy na zajęcia, próbowano zwalić winę na nas, studentów. Że niby harmonogram był już dawno gotowy, ale ludzie z innej specjalności zaczęli nagle zmieniać grupy, w związku z czym osoby odpowiedzialne za rozkład zajęć praktycznie musiały ułożyć wszystko od nowa. Terefere.
W czwartek, po wielkim środowym oczekiwaniu na harmonogram, ruszyliśmy z zajęciami. Moja grupa faktycznie ruszyła i to pełną parą, bo akurat w czwartki mamy najwięcej zajęć i wychodzi na to, że co 2 tygodnie będziemy siedzieć w instytucie od rana do 18:15. Na szczęście pozostałe dni są już znośne, nie ma też większych przerw między zajęciami. W czwartek wybrałam też wstępnie promotora. Jak na razie jestem zadowolona z wyboru, a rozmowy z koleżankami z roku wyżej utwierdziły mnie w przekonaniu, że dobrze zrobiłam. Teraz muszę porządnie pomyśleć nad tematem pracy magisterskiej. W najbliższy czwartek chciałabym już coś ustalić, żebym mogła już gromadzić bibliografię. Niby na pracę magisterską mam przeznaczone 2 lata, ale wiem, że te 4 semestry zlecą błyskawicznie, zwłaszcza, że pisanie pracy to nie jedyny projekt i oprócz tego jest masa innych przedmiotów, które trzeba zaliczyć. Jak zawsze na początku roku szkolnego/akademickiego, jestem pełna zapału do pracy, ale tym razem jest też coś więcej. Świadomość, że muszę umiejętnie rozłożyć siły, by tego zapału nie ostudzić. I że coś się zaczęło, ale po to, by zakończyć pewien okres w moim życiu. Trochę burzliwy, ale wiem, że będę wspominać ten czas z rozrzewnieniem. OK, kończę, bo zaczynam brzmieć, jakbym już skończyła studia, a tu przecież jeszcze 2 lata mi zostały i notatki tak na mnie zachęcająco spoglądają... Trzymajcie się ciepło i mocno! ;)

środa, 1 października 2014

Here I am... Back again.

Kraków. Miasto, za którym nie da się nie tęsknić. Znowu tutaj jestem, znowu pełna zapału i nadziei na lepsze jutro. Ojoj, jak to patetycznie zabrzmiało. Dzisiaj po południu rozpoczęcie. Idę, może dowiem się czegoś nowego, na przykład harmonogramu zajęć. Tak, harmonogramu jeszcze nie znamy. Jednak dzisiaj jestem optymistycznie nastawiona do świata i ludzi, i liczę na to, że podadzą nam rozkład zajęć chociaż na najbliższe 2 dni :D No dobra, zapowiadają, że podadzą nam harmonogram, więc śmiem twierdzić, że będzie to CAŁOŚĆ. Jak będzie naprawdę - zobaczymy. Narzekam sobie trochę na sytuację, bo dopóki dokładny rozkład zajęć nie jest znany, inne sprawy stoją. Na przykład moje korki. Nijak nie mogę się umówić z uczniami, bo zwyczajnie nie wiem kiedy dam radę. Chociaż i tak jestem w komfortowej sytuacji, bo nie muszę przy tym dogadywać się z pracodawcą, sama sobie ustalam grafik. 
A tak z innej beczki. Pokoik mam genialny. Wczoraj wieczorem przyjechałam z wybranymi przedstawicielami rodziny i wszystkimi bambetlami, których rozpakowywanie zajęło mi godzinę. Potem była już tylko szybka kolacja, szybki prysznic i długa rozmowa ze Skarbem. Ostatnio coś niezbyt dobrze się czuje, co okropnie mnie martwi. Swoją drogą, miesiąc beze mnie, a on już - choroba, osłabienie i cała reszta niespodzianek zdrowotnych. A tak na poważnie, to jest właśnie jedna z wad miłości na odległość - możesz tylko bezczynnie patrzeć, jak kochana osoba się męczy, chcesz pomóc, robić herbatki, obiadki, smarować maściami rozgrzewającymi i innymi cudami, a nie możesz, bo jesteś ponad tysiąc kilometrów dalej. I chcesz wyć z bezsilności. Ech, kończę już, trzeba zrobić coś konstruktywnego i zacząć przygotowywać się na rozpoczęcie... nowego rozdziału!
PS. Jak wrócę i się namyślę to zmienię tytuł bloga. Koniec z tą studentką na wakacjach ;)

poniedziałek, 29 września 2014

Na walizkach

I znowu się pakuję. Jutro po południu czeka mnie przeprowadzka do Krakowa. Już się zastanawiam czego zapomnę :D Jakoś tak boję się nadchodzących miesięcy i nowego roku akademickiego. Niby wszystko zależy ode mnie, dopiero zaczynam, ale kurczę... Boję się. I zwyczajnie jestem zmęczona. Nie będę owijać w bawełnę, ostatni rok był dla mnie bardzo ciężki i moja pewność siebie, już i tak niewielka, została poważnie nadszarpnięta. Jestem wypompowana, ale w głębi duszy mam nadzieję, że jak tylko wpadnę w wir zajęć, energia sama mnie znajdzie. Oczywiście, mam na myśli tylko pozytywną energię ;) Cały czas powtarzam sobie, że będzie dobrze, więc może w końcu w to uwierzę. W kubku parzy się melisa, w głośnikach Mela Koteluk, a ja czekam na Skarba. Poskajpujemy, a później wezmę gorącą kąpiel. Przynajmniej pójdę do łóżka ze świadomością, że zrobiłam wszystko co możliwe, żeby się zrelaksować. Chociaż dzisiaj powinno pójść łatwiej, w końcu wstałam o 6 rano z zamiarem wyprawy do dziekanatu. Co z tego, że o 8 okazało się, że jednak dzisiejsza wizyta byłaby bezcelowa, przynajmniej nie wróciłam do ciepłych jeszcze pieleszy, żeby odespać.
A teraz Ed Sheeran. I See Fire i o matko, hobbity.
Hobbici.
Matko, jak bardzo Hobbit i Władca Pierścieni przypomina mi Skarba. Nasze pierwsze wspólne wieczory. Wspólne oglądanie filmów. No, przynajmniej próby oglądania ;) To zabawne, że z jednej strony wydaje się jakby to było wczoraj, a z drugiej... wieki temu. Oj, nic już więcej nie napiszę, wrzucam Ed'a i uciekam. Trzymajcie kciuki za jutrzejszy dzień!

piątek, 26 września 2014

Rekrutacja zakończona!

Po raz kolejny historia się powtarza. Przede mną kawa, a ja cicho stukam w klawiaturę. Jednak coś się zmieniło od niedzieli, kiedy ostatni raz tutaj pisałam. Temat przewijał się już wcześniej między postami, ale jakoś nie chciałam zdradzać szczegółów. Poza tym, jestem chyba jakimś pechowym człowiekiem, bo nawet prosty proces rekrutacji w moim przypadku nie może przebiegać tak jak należy i zawsze po drodze musi pojawić się masa nieoczekiwanych problemów, o których może niedługo napiszę coś więcej. Teraz jednak mogę już odetchnąć i oficjalnie powiedzieć: zostałam przyjęta na studia magisterskie! W trybie stacjonarnym! Od października ponownie będę mieszkać w Krakowie i zgłębiać wiedzę w zakresie filologii angielskiej! Zapowiada się naprawdę ciężka harówka, ale jak najbardziej warta swojej ceny. Uspokoiłam się. Kiedy poznałam wyniki rekrutacji, poczułam się dokładnie tak jak w chwili kiedy dostałam się do wymarzonego LO, a później na studia I stopnia. Poczułam spokój, ulgę i zarazem podekscytowanie. Spokój i ulgę dlatego że miałam sprecyzowany plan na najbliższe 3 lata, wiedziałam co będę robić, a podekscytowanie pojawiło się jak zwykle przed czymś nowym i jeszcze nieznanym. Dzisiaj jest podobnie, z tą różnicą, że "plan na życie" obejmuje 2 lata, a uczelnię dobrze znam :) Mieszkanie, jak już kiedyś wspomniałam, też zostaje to samo, tylko pokój będzie inny. Na początku września odwiedziłam panią 'landlady', obejrzałam dokładnie pokój i przypuszczam, że mimo że jest mniejszy od poprzedniego, będzie mi się w nim milej mieszkało. Wychodzi na to, że tylko przedmioty i ludzie będą nowi. Trochę się tym stresuję, bo bardzo ważne jest, żeby na studiach trafić na dobrą grupę i fajnych ludzi, z którymi można stworzyć prawdziwy team i wzajemnie się wspierać. Nie chodzi mi tu o spisywanie notatek, czy inne formy 'pomocy' na egzaminach, ale o zwykłej, ludzkiej współpracy. Notatki można razem uzupełniać, bo nierzadko tak jest, że jedna osoba wyłapie z wykładu jedno, a druga coś innego, do egzaminów też można powtarzać razem. Nie wspomnę o wspólnych projektach, gdzie istotna jest współpraca, a nie liczenie na to, że "inni zrobią to lepiej, a ja się poopierniczam w międzyczasie i nie będę nikomu przeszkadzać". No ale dobra, nie będę tu jeszcze snuć wywodów socjologicznych. Będzie co ma być, a będzie dobrze! Tymczasem pomyślny wynik rekrutacji uczciłam niewielkim zamówieniem z internetowego antykwariatu:
Siedmiu braci, czyli tzw. "powieść życia" Aleksisa Kiviego, a także pierwsza powieść napisana w języku fińskim. Książka, którą każdy szanujący się Finomaniak powinien przeczytać ;) A tak na poważnie, bardzo długo polowałam na nią w lokalnej bibliotece, co niestety mi się nie udało. Kiedy nadszedł czas mojej manii kupowania fińskiej literatury, nie wiedzieć czemu skupiłam się na literaturze współczesnej, o starszej (z wyjątkiem epopei narodowej, Kalevali, oraz zbioru opowiadań fińskich autorów) prawie całkiem zapominając. Temat książki przewinął się nawet w sierpniu, kiedy byliśmy ze Skarbem w Polsce, ale dopiero tydzień temu, kiedy czytałam Fantastyczne samobójstwo zbiorowe Paasilinny i książka znowu została wspomniana, coś mnie w końcu oświeciło i zamówiłam swój egzamplarz Siedmiu braci. Poza tym co przed chwilą napisałam, o książce wiem niewiele. Wydana w 1870 r, jedyna powieść Kiviego, który pracował nad nią 10 lat. Opowiada o siedmiu braciach pochodzących z prostej, biednej rodziny, niewykształconych i skonfliktowanych praktycznie ze wszystkimi ludźmi z otoczenia. Kiedy przed konfirmacją są zmuszeniu w końcu nauczyć się czytać, postanawiają uciec i zamieszkać w lesie, gdzie walczą z prawami natury i przeżywają wiele przygód. Hmm, wg mnie zapowiada się intrygująco i mam nadzieję, że znajdę czas by ją przeczytać :)

niedziela, 21 września 2014

Samobójstwo fantastyczne

Przede mną stoi kubek z muminkami po brzegi wypełniony kawą. Po lewej piętrzą się słowniki i materiały do nauki fińskiego. Po prawej słowniki do angielskiego. To tak w celu zmotywowania się do skończenia zaległego tłumaczenia, które wisi nade mną jak.. nie wiem co. Jakoś nie jestem ostatnio w nastroju na nic. Wyniki rekrutacji na II stopień studiów coraz bliżej, przez co nie dam rady na niczym się skupić. Rytm dnia też mam totalnie rozstrojony, zasypiam ok. 2 nad ranem, wstaję o 10. I nieważne jak wcześnie chodzę spać, przez parę godzin muszę przewracać się z boku na bok. Za dużo stresu, za dużo myśli w rozczochranej. A w ciągu dnia zdycham. Moje wielkie postanowienie porzucenia kawy odeszło w zapomnienie. Chociaż muszę przyznać, że jakiś czas temu udało mi się przestać pić ten aromatyczny, wręcz życiodajny, płyn na dobrych kilka miesięcy. Niestety, z radością wróciłam do tego jakże przyjemnego nałogu.
Wszystkie sprawy powoli idą do przodu. Studia, fiński, lekcje, tłumaczenia - wszystko się klaruje. W tym tygodniu powinno być już całkiem jasno. Później już tylko jaśniej, mam nadzieję. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, końcówka wakacji będzie przyjemnie intensywna. Póki co snuję swoje małe plany i kolejno odhaczam je na liście jako zrobione. I tego mam zamiar się trzymać. Mniej czasu na myślenie, więcej działania. I wszyscy będą happy. A jeszcze z takich działań całkiem pozytywnych, sięgnęłam ostatnio na moją półkę z książkami dot. Finlandii - są tam zarówno dzieła popularnonaukowe traktujące o kraju, jego historii, kulturze itd, albumy, kursy językowe, słowniki, ale także książki fińskich autorów. Trafiła mi w ręce pozycja wręcz idealna na koniec wakacji:
Książkę czytałam już kilka lat temu i pamiętam, że bardzo mi się podobała. Teraz pragnę ją nieco odświeżyć i czytam jeszcze raz. Czytam? Przepraszam, POCHŁANIAM. Do końca zostało mi jakieś 110 stron i myślę, że poradzę sobie z nimi jeszcze tej nocy ;) Wiadomo, że Finowie mają specyficzne poczucie humoru i ogólnie osobliwe podejście do życia, a jak tak sobie obserwuję, Lapończycy (a przynajmniej ci fińscy), ONI dopiero mają podejścia! Pan Arto Paasilinna, urodzony w miejscowości Kittilä, jest właśnie takim fińskim Lapończykiem i w swojej książce w zabawny (!) sposób podchodzi do problemu samobójstwa. OK, ja rozumiem, że fikcja literacka itede, ale faktem jest, że na północy problem samobójstw jest dosyć poważny. Przykładowo, w 1990 r., czyli kiedy Paaslinna publikował swoją książkę, wskaźnik samobójstw w Finlandii przekraczał 1500 osób, co na kraj zamieszkiwany przez ok. 5mln ludzi jest naprawdę wysoką liczbą. Na szczęście od tego czasu statystyki znacznie spadły i miejmy nadzieję, że tendencja spadkowa się utrzyma. Co ciekawe, to mężczyźni częściej decydują się skończyć swoje życie, liczba ta od lat trzykrotnie przewyższa liczbę samobójstw popełnionych przez kobiety. A jak ugryzł ten temat Paasilinna? Z tyłu książki możemy się dowiedzieć, że:
Dyrektor Onni Rellonen i pułkownik Hermanni Kemppainen przypadkowo wchodzą do tej samej stodoły, by popełnić samobójstwo. Jednak postanawiają je odłożyć, zamieszczają ogłoszenie w gazecie i zbierają grupę osób, podobnie jak oni zniechęconych do życia. W końcu wyruszają autokarem w zwariowaną podróż po Europie, chcąc znaleźć odpowiednie miejsce na zrealizowanie ponurego zamiaru.
Na razie nic więcej odnośnie fabuły nie zdradzę, ale momentami zastanawiam się co też może siedzieć w głowie autora, że wpadł na pomysł ujęcia tematu z tej strony. W zasadzie z tak wielu różnych perspektyw. Swoją drogą, zastanawiam się czy pomysł fikcyjnych bohaterów - Rellonena (którego imię, Onni - o ironio - oznacza "szczęście") i Kemppainena - nie dałoby się wykorzystać jako formę terapii dla osób myślących nad samobójstwem. No dobra, kończę już, bo za dużo powiem ;)

niedziela, 14 września 2014

Panie pedagożki i ich belferskie rywalizacje

I stało się. Z naszej nie-takiej-świętej trójcy, czyli A. K. i mnie, tylko ja jeszcze nie jestem mężatką. Ba, nie jestem nawet zaręczona, ale przecież nikt nie umiera, oboje ze Skarbem mamy czas, a poza tym nie o naszym stanie cywilnym dzisiaj ma być. Jako że z K. kiedyś razem studiowałyśmy, z okazji jej ślubu i wcześniejszego wieczorku panieńskiego "odnowiły się" moje dawne znajomości z dziewczynami z "naszego" roku. Moja przygoda z pedagogiką wczesnoszkolną zakończyła się dosyć szybko, zresztą już wtedy traktowałam to jako "okres przejściowy" zanim mogłam studiować swój wymarzony kierunek. Na pedagogice jakoś ciężko mi było z kimkolwiek stworzyć względnie silną więź, która utrzymałaby się po moim odejściu. W związku z tym przez ostatnie lata nie utrzymywałam zażyłego kontaktu z dziewczynami i utkwiły one w mojej pamięci takie jakie były na początku swoich studiów - radosne, pełne pasji, pozytywnej energii i szczerej życzliwości. Pierwsze spotkanie po długiej przerwie nastąpiło na wspomnianym wieczorku panieńskim K. Wieczorek organizowała nasza dobra koleżanka z LO u siebie na mieszkaniu, później miałyśmy się przenieść do klubu. Przygotowania do imprezy trwały ok. miesiąca, w tym czasie umówiłyśmy się co kto przynosi i co kupujemy dla K. Panie pedagożki, wielkie koleżanki K., podczas przygotowań cały czas kręciły nosami. Pomysły innych dziewczyn im nie odpowiadały, a same w zamian nie wymyśliły niczego dobrego. W zasadzie żadna propozycja, nawet kiepska, nie padła z ich strony. No ale OK - były na liście gości podesłanej przez K. to trzeba było jakoś przełknąć tę cytrynę, uśmiechnąć się i współpracować. Nadszedł dzień imprezy. Organizatorka całej akcji prosiła nas wszystkie, żebyśmy w miarę możliwości przyjechały do niej wcześniej. Ja miałam przyjechać już kilka godzin przed rozpoczęciem Wieczorku, żeby pomóc przygotowywać przekąski itd. Zgodnie z umową przyjechałam i przywiozłam to co miałam przywieźć. Inne dziewczyny też pojawiły się wcześniej, więc razem przygotowania poszły nam błyskawicznie. Przyszła Panna Młoda miała pojawić się w mieszkaniu po 21, reszta miała przyjść przynajmniej kilkanaście minut przed 21., żeby PM nie musiała czekać na swoich gości. O 21, trochę już zniecierpliwione, w dalszym ciągu czekałyśmy na panie pedagożki, które miały zaopatrzyć imprezę w ciasteczka. Pedagożki zadzwoniły ok. 21:15 z pytaniem o dokładny dojazd do mieszkania. Pojawiły się 10 minut później, obrzuciły pogardliwym wzrokiem stół, po czym wyciągnęły z torby... paluszki. Jak Boga kocham, przypomniała mi się scena z kultowego Kogla-Mogla. Dobrze, że nasza organizatorka przeczuła sytuację i sama wcześniej kupiła ciastka. Kiedy przyszła K. na początku było nawet całkiem miło, ale z czasem pedagożki zaczęły się coraz bardziej alienować. I zaczęło się też patrzenie na innych z góry i dogryzanie ze strony jednej Wielkiej Pani Pedagog. Za bardzo nie rozumiałam (i chyba już nie zrozumiem) zachowania tej dziewczyny, ale generalnie wywnioskowałam, że wg jej światopoglądu studia to nie wszystko. Liczy się praca. Po ukończeniu pedagogiki przedszkolnej i wczesnoszkolnej najlepiej pracować w klasach 1-3. Praca w przedszkolu i z młodszymi dziećmi jest po prostu porażką. Prowadzisz grupę pięciolatków? Jesteś nikim w belferskim świecie. Co to za praca, do której przychodzisz śpiewać sobie piosenki i bawić się z dziećmi? Po prostu jesteś GORSZA. Natomiast podstawówka - TO jest dopiero wyzwanie! 
Dosyć.
Osoba (teoretycznie) wykształcona. Młoda. Z tzw. otwartym umysłem. Pracująca z dziećmi w szkole podstawowej. Nauczycielka, która ma uczyć i wychowywać. A maniera taka, że słabo się robi. I po co to wszystko? Skąd w ogóle ta cała pogarda? Naprawdę, niewiarygodne jest to, jak kilka lat może zmienić człowieka. I to dziewczynę, którą kiedyś uważałam za całkiem miłą i sympatyczną. Czy naprawdę o to chodzi w tzw. dorosłym życiu? Jaki sens jest w wywyższaniu się i dogryzaniu innym? Już pominę fakt, że pogarda do zawodu przedszkolanki jest zupełnie bezpodstawna. Uderzyło mnie to, że na dodatek tyle pogardy okazuje osoba, która właśnie z zawodu jest przedszkolanką. Po jaką ch.olerę takie rywalizacje w jednym zawodzie, po tym samym kierunku studiów? Rywalizacja jest dobra, bo działa trochę jak perpetuum mobile i motywuje ludzi do rozwoju. Oczywiście, chodzi mi o tę zdrową rywalizację. Ale pogarda? Serio?
Na weselu zachowywała się podobnie: słodkie minki przy nawet nie ukrywanym pluciu jadem dookoła. Tfu. Na szczęście była to tylko jedna osoba. Na moje oko bardzo zakompleksiona. Inaczej nie potrafię wytłumaczyć jej zachowania. I szczerze mówiąc, szkoda mi jej. Jednak najbardziej szkoda mi dzieci, które uczy i wychowuje. Bo dyplom to coś istotnego w tym zawodzie, ale też nie wszystko. Liczy się serce i pokora. A tego, niestety, niektórym pedagogom brakuje.

środa, 10 września 2014

Podróż do Finlandii | part IV - podsumowanie

Dzisiaj zanosi się na podsumowanie relacji z sierpniowego wyjazdu do kraju mojego Skarba. Jednak zanim to nastąpi, mam jeszcze do opisania nasz pobyt w Hämeenlinnie. W sobotę po południu wyjechaliśmy z Tampere, jednak ze względu na kilka postojów po drodze, do Hämeenlinny dotarliśmy dopiero ok. 20. Akurat tego dnia krewni Skarba z Helsinek przyjechali do jego rodziców ze względu na urodziny jego mamy, które były kilka dni wcześniej. Podobno bardzo chcieli się też z nami zobaczyć, ale przyjechaliśmy późno i już się z nimi minęliśmy. Trochę żałowaliśmy, ale kiedy później byliśmy w Polsce, zadzwoniliśmy do nich na Skype i chwilę rozmawialiśmy, więc nic straconego - tak czy siak nas zobaczyli ;) 
Kiedy podjechaliśmy pod dom, mama Skarba siedziała w ogrodzie, a koło niej kręcił się miniaturowy czarny niedźwiadek, czyli pies K. rasy Lapinkoira (pies lapoński). Psy lapońskie są średniej wielkości, mają długie i niesamowicie grube futro (w końcu pochodzą w Laponii, a muszą jakoś przetrwać srogą zimę) i generalnie wyglądają jak miniaturki niedźwiadków właśnie. Tylko że są o wiele milsze ;) Przywitaliśmy się z mamą i za chwilę z domu wyszedł ojczym Skarba, którego wcześniej jeszcze nie poznałam. Podobnie jak mama K, okazał się bardzo miłym człowiekiem i cały mój stres momentalnie odszedł w zapomnienie. Zanieśliśmy walizki do naszego pokoju i poszliśmy posiedzieć z rodzicami. W międzyczasie daliśmy im album-przewodnik po Polsce, z którego chyba bardzo się ucieszyli ;) Ja też się ucieszyłam, bo książka ważyła 2kg i zrobiło się sporo miejsca w walizce jak ją wyciągnęłam ;D Z rodzicami przesiedzieliśmy w ogrodzie do 1 w nocy, pijąc wino i rozmawiając. Tak dobrze czułam się między nimi, że nawet nie czułam upływającego czasu. OK, muszę przyznać, że była jedna, wręcz dramatyczna sytuacja. Było już całkiem ciemno, paliła się tylko jedna świeca, kiedy ojczym K. zapytał czy chcę ser. Powiedział nazwę, której nie znałam i która i tak nic by mi nie powiedziała, a że jadąc do Finlandii obiecałam się otwierać na nowe smaki - wzięłam kawałek sera, przekroiłam go jeszcze na pół i taką połówkę włożyłam sobie do ust. Ch.olera jasna. To był ser pleśniowy. O naprawdę bardzo mocnym smaku. W tym miejscu muszę powiedzieć, że w swoim życiu miałam już kilka podejść do serów pleśniowych i naprawdę chciałam się do nich przekonać - nie mogę. Za każdym razem nawet maleńki kawałeczek wydaje się rosnąć w buzi do monstrualnych rozmiarów, w gardle pojawia się gula (przypuszczam, że mój żołądek w takiej chwili ma dar błyskawicznego przemieszczania się), a do oczu napływają łzy. Tak też było tym razem, przeklinając się w duchu, że nie dopytałam (albo nawet nie przyjrzałam się) co to, rozpaczliwie zaczęłam szukać ratunku. W tym momencie zobaczyłam na stole swoją lampkę wina. Wiedziałam, że jak szybko czegoś nie zrobię, to nigdy nie przełknę tego sera, więc czym prędzej wzięłam duży łyk wina i jakoś udało mi się przepchać ser przez gardło. Wszystko to trwało kilka sekund i nawet nie wiem, czy Skarb to zauważył. Potem jednak to samo musiałam zrobić z drugą połówką. Tutaj już było łatwiej, bo wiedziałam czego się spodziewać :D Jak tylko poradziłam sobie z serem, z kuchni wróciła mama K. i przyniosła skrojone owoce. Tym razem to do niej padło pytanie o serek, na co fuknęła tylko, że jest zdecydowanie za mocny i ani myśli go jeść. Wtedy powiedziałam, że "nie jest taki zły z winem", a mama K. zaczęła się śmiać i powiedziała "chyba tylko jak przepijasz kawałek haustem wina". Hmm, chyba ktoś jednak mnie przejrzał :D W każdym razie, tego wieczoru jadłam już tylko owoce. "Impreza" skończyła się późno, więc potem już tylko wzięliśmy szybki prysznic i poszliśmy spać. Trochę się wzruszyłam kiedy weszłam do pokoju K. - pokoju, który do tej pory widziałam za jego plecami, kiedy rozmawialiśmy na Skype. A teraz tam stałam, otoczona jego małym światem, w miejscu, gdzie dorastał. Co ciekawe, rodzice K. zachowali jego prace z przedszkola i podstawówki. Figurka świnki, rysunki, w kuchni nawet wisi oprawiona wyklejanka, którą zrobił kiedy miał kilka lat - piękny zwyczaj, stwierdziliśmy, że my też kiedyś zachowamy pamiątki z dzieciństwa naszych dzieci :)
Następnego dnia zrobiliśmy małą rundkę po muzeach. Zwiedziliśmy dawne więzienie, które teraz funkcjonuje właśnie jako muzeum, słynny zamek w Hämeenlinnie (który pod panowaniem rosyjskim też został przerobiony na więzienie) oraz Muzeum... Artylerii Finlandii. Muzea znajdują się rzut beretem od zamku, który, swoją drogą, leży nad ogromnym jeziorem Vanajavesi i przy uroczym parku Linnanpuisto. W ogóle Hämeenlinna to takie piękne, spokojne miasto. Podobno Finowie z innych miast śmieją się, że to "żywy cmentarz", bo jest tam tak cicho i nic się nie dzieje, ale ja myślę, że właśnie ten spokój czyni Hämeenlinnę tak wyjątkowym miejscem.



Zamek jest naprawdę piękny, zaczęto go budować prawdopodobnie już w XIII w. w czasie krucjaty szwedzkiej. Budowa trwała kilka wieków i z biegiem czasu zmieniał się surowiec, który używano do budowy. Początkowo był to szary kamień, jednak z czasem został zastąpiony cegłą. Jak już wcześniej wspomniałam, kiedy Finlandia znajdowała się pod panowaniem rosyjskim, zamek "przerobiono" na więzienie, które zamknięto dopiero w 1972 r. (!). Jak można się domyślać, wiele oryginalnych form zostało zmienionych na rzecz więzienia, przez co budowla bezpowrotnie utraciła część swojej historii.
Tego samego dnia odwiedziliśmy kolejną - czwartą, ostatnią, wieżę widokową w Aulanko. Aulangon Näkötorni, bo tak się właśnie nazywa, z zewnątrz przypomina mi wieżę zamkową.
Jest to też jedyna wieża, którą odwiedziliśmy, która w ogóle nie miała windy. Poprzednio tylko na Pyynikin Näkötorni drapaliśmy się po schodach, ale tylko dlatego, że nie chciało nam się czekać na windę.
Tuż pod wieżą znajduje się taras widokowy, gdzie poprosiliśmy pewnego miłego pana o zrobienie nam zdjęcia. Już z tego tarasu widok był taki, że szczęka znowu mi opadła.

Pod wieżą, schodząc schodkami wgłąb lasu, można zobaczyć niedźwiedzią jamę. (Nie)stety, prawdziwego niedźwiedzia tam nie zobaczyliśmy ;)
Poniedziałek był naszym ostatnim dniem w Finlandii. Cały dzień spędziliśmy na mieście, zwiedzając i spacerując, a towarzyszyła nam mama Skarba :) Dzień ten w pewnym sensie przeszedł też do historii - po raz pierwszy bez problemu zwiedziliśmy kościół! Wcześniej, do jakiegokolwiek kościoła byśmy nie poszli, zawsze coś było nie tak: albo był zamknięty, albo zamykano nas w nim na klucz, albo była Msza i nie można było zwiedzać. Nawet kiedy poszliśmy do synagogi okazało się, że tego dnia była zamknięta dla zwiedzających. W Finlandii tez chcieliśmy wejść do wielu kościołów, bo Skarb bardzo chciał mi pokazać wnętrze kościoła protestanckiego. W Tampere nam się nie udało, ale postanowiliśmy spróbować w Hämeenlinnie. Udało nam się dostać do 2 z 3 zaplanowanych kościołów, co stanowi dla nas swoisty rekord :D Pierwszym był Hämeenlinnan kirkko, znajdujący się na rynku.



Jak to w kościołach protestanckich, wnętrze jest proste i skromne. Mi osobiście bardzo coś takiego odpowiada, miejsce do modlitwy powinno być jak najbardziej uproszczone, żeby człowiek mógł się skupić na tym co najważniejsze - modlitwie i żeby go przy tym nic nie rozpraszało. Niestety, mam tylko zdjęcia zrobione w środku, poniższego zdjęcia sama nie zrobiłam:
(źródło: http://www.matkailu-opas.com/hameenlinnan-kirkko.html)
Następnie poszliśmy na długi spacer po mieście.
W Finlandii 1go maja obchodzone jest tzw. Vappu. Początkowo celebrowano wtedy początek wiosny, na wsiach był to też pierwszy dzień kiedy po zimie wyprowadzano bydło na łąki. Dzisiaj 1. maja to głównie święto studentów. W całym kraju organizowane są wtedy pikniki, a w Helsinkach jest pochód studentów, który kończy się na placu senackim przy fontannie Havis Amanda. Momentem kulminacyjnym jest założenie na fontannę specjalnej białej czapki noszonej przez studentów (ylioppilas lakki). Jest to symboliczne przejęcie miasta przez studentów na jeden dzień. Studenci w Hämeenlinnie nie chcieli być gorsi i też mają swoją "Havis Amandę", którą ubierają w czapeczkę. A, jako że Hämeenlinna jest mniejsza od Helsinek - fontanna też jest skromniejsza :D Dla porównania wklejam zdjęcie helsińskiej Havis Amandy:
(źródło: http://static.panoramio.com/photos/large/16349408.jpg)
Pomnik przed biblioteką miejską
Powyżej pomnik w parku Sibeliusa, w tle szkoła, do której uczęszczał kompozytor.

Następnie pojechaliśmy zobaczyć nowo odrestaurowany stadion w Hämeenlinnie. W 1952 r. letnie igrzyska olimpijskie zostały zorganizowane w Helsinkach, ale wiadomo, że nie wszystkie dyscypliny mogły zostać przeprowadzone w stolicy. W Hämeenlinnie walczono w pięcioboju nowoczesnym. Dzisiaj, po remoncie miejsce to wygląda tak:

Po wizycie na stadionie pojechaliśmy do sąsiedniej miejscowości, Hattuli, zobaczyć Kościół Świętego Krzyża z XV w. Co ciekawe, początkowo był to kościół katolicki, ale wyznanie z czasem zostało zmienione na protestantyzm. Budynek jest zbudowany z cegły, co na czasy średniowieczne było pewnego rodzaju ewenementem. Cegła była wtedy bardzo drogim materiałem, w związku z czym wszystko budowano albo drewniane, albo z szarego kamienia. W Finlandii są tylko trzy budynki średniowieczne zbudowane z cegły, dwa z nich znajdują się w regionie Häme, są to: zamek w Hämeenlinnie i właśnie kościół Świętego Krzyża. Trzecią budowlą jest zamek w Turku.

W Hämeenlinnie pojechaliśmy do jeszcze jednego kościoła, z tych wszystkich nam najbliższego, ponieważ właśnie przy nim pochowani są dziadkowie K. Niestety, kościół był zamknięty i nie mogliśmy dostać się do środka. K. nie mógł tego przeboleć, bo bardzo chciał, żebyśmy weszli do środka. Kiedyś na pewno nam się to uda :)

Powyżej zdjęcie cmentarza "nowego typu". Za kościołem jest mała łączka, na której wysypuje się prochy zmarłego, natomiast tabliczkę z imieniem, nazwiskiem oraz datą urodzenia i śmierci przytwierdza się do kamiennego słupa. Czuję, że ten sposób pewnego dnia dotrze i do Polski.
Poniedziałek był pierwszym dniem kiedy się rozpadało. Wcześniej jednego dnia pokropiło trochę w Tampere, ale ostatniego dnia w Hämeenlinnie doczekaliśmy prawdziwej ulewy. K. z mamą śmiali się, że w końcu zobaczyłam prawdziwe fińskie lato - do tej pory było bardzo słonecznie i ciepło ;) Po południu pojechaliśmy jeszcze z mamą na obiad i wtedy zaczęło do nas docierać, że następnego dnia o tej samej porze będziemy już w Polsce.
Wtorek także przywitał nas deszczem. Wstaliśmy wcześnie, wrzuciliśmy ostatnie rzeczy do walizek i rodzice K. odwieźli nas na przystanek autobusowy, skąd mieliśmy ruszyć do Helsinek. Pożegnaliśmy się, wyściskaliśmy z mamą K. i... aż płakać mi się chciało. Naprawdę ją polubiłam. Kiedy podjechał autobus, czas zaczął pędzić jak szalony. Podróż do Helsinek minęła błyskawicznie, podobnie lot do Polski i droga do domu. O całym pobycie tutaj już nie wspomnę :) ale zawsze tak jest jak jesteśmy razem.

 Finlandia z lotu ptaka...
...i Polska :)

Podsumowując, pojechałam do kraju, który nie rozpieszczał i nie rozpieszcza swoich mieszkańców. Zobaczyłam ludzi ambitnych, wytrwałych i dążących do szczęścia. Potrafiących obrać cel i trzymać się go. Ludzi szanujących siebie nawzajem i miejsce, w którym przyszli na świat. Ludzi, którzy przede wszystkim akceptują i szanują wszystko wokół. I którym po prostu się chce. Bawić. Kształcić. Pracować. I żyć. Którzy dobrze wiedzą, że narzekanie jest łatwe, ale puste i to właśnie ciężko pracą mogą osiągnąć, może nie wszystko, ale z pewnością wiele. Za to powinniśmy ich podziwiać i z nich brać przykład. Za to ich szanuję i lubię. A jednego nawet kocham ;)

poniedziałek, 8 września 2014

Podróż do Finlandii | part III relacji-dokumentacji

Dzisiaj będzie trochę długo, więc żeby już nie przedłużać, zaczynam. Oto kolejna część - trzecia - relacji z moich fińskich wojaży.
W niedzielę, póki Skarb miał jeszcze wolne od pracy, popłynęliśmy na jedną z pobliskich wysp, Viikinsaari. I tutaj muszę pewnie w skrócie wyjaśnić o co chodzi. Tampere to naprawdę piękne miasto przemysłowe, położone między dwoma dużymi jeziorami: Näsijärvi, które otacza miasto od północy i Pyhäjärvi, oblewające Tampere od południa. Viikinsaari leży na Pyhäjärvi i można się tam dostać stateczkiem odpływającym z samego centrum miasta. Poniżej wrzucam kilka zdjęć ;) Żeby powiększyć wystarczy w nie kliknąć.
Jeszcze przed wypłynięciem, most Laukonsilta pod którym potem płynęliśmy. Jakoś spodobał nam się nowatorski design :D
O ile mnie pamięć nie myli, Viikinsaari to ta wyspa na środku


I poniżej fragment panoramy miasta :)

Podróż na Viikinsaari trwa ok. 20 minut, na wyspie można coś zjeść, pójść na spacer piękną trasą, jest boisko, plac zabaw i miejsce do palenia grilla lub ogniska. Jest też tzw. ścieżka miłości, ale my nią nie poszliśmy, bo zaczęliśmy okrążać wyspę z drugiej strony, poza tym przecież gdziekolwiek nie pójdziemy, idziemy własną ścieżką miłości ;D
Tutaj już na wyspie. Poniżej pierwsza rzecz, którą zobaczyliśmy po zejściu z pomostu: uroczy drewniany budynek, w którym znajdowała się restauracja.

Na spacerze zauważyłam całkiem przyjemne skałki wychodzące trochę w jezioro. Uparłam się, że muszę stamtąd zrobić zdjęcie. Powyżej moment realizacji niecnego planu, kiedy obmyślałam jak się dostać na sam koniec i nie wpaść do jeziora :D Skarb stał w tym czasie na brzegu i ubawiony po pachy dokumentował wyczyny...
... w końcu sam dołączył do mnie :)
Idąc dalej w las, spotkaliśmy małego przyjaciela. OK, gdyby K. mnie nie zatrzymał, rozdeptałabym niechcący tego przyjaciela, bo w najlepsze siedział sobie na środku ścieżki i wpierniczał koniczynkę jak gdyby nigdy nic. Mało tego, w ogóle nie uciekał, kiedy zaczęliśmy mu robić zdjęcia. Jak widać poniżej, nawet całkiem ładnie nam pozował :)

Wracając ze spaceru znaleźliśmy wcześniej wspomnianą ścieżkę miłości, ale byliśmy już trochę spragnieni i poszliśmy się czegoś napić. Zajrzeliśmy też do restauracji, ale tłumy i ceny trochę nas odstraszyły, postanowiliśmy tylko się czegoś napić i skubnąć coś potem na mieście.
Powyżej zdjęcie najlepszego i najdroższego soczku w kartoniku, jaki kiedykolwiek piłam :D Trip. Soczek-legenda, smak dzieciństwa mojego Skarba itepe itede. Co z tego, że w przeliczeniu na złotówki kosztował więcej niż 5zł. Ten smak <3
Statki z Viikinsaari do Tampere odpływały (o ile dobrze pamiętam) co 30 min. Jako że jeden kurs nam uciekł, zrobiliśmy jeszcze małą rundkę nad brzegiem Pyhäjärvi i przy okazji trafiliśmy na kolejnych małych fińskich przyjaciół: kaczuchy. Cztery całkiem urocze kwoczki, które także nas się nie bały i podchodziły całkiem blisko.

Właśnie dzięki nim niemal przegapiliśmy następny stateczek :D Zaaferowani kaczkami, nawet się nie zorientowaliśmy jak daleko za nimi poszliśmy i musieliśmy biec na przystań. No ale jak to mówią, sport to zdrowie, nie? ;)
Wróciliśmy do Tampere i poszliśmy prosto do parku rozrywki Särkänniemi, gdzie znajduje się kolejna wieża widokowa. W Särkänniemi poszliśmy właśnie na wieżę i do akwarium, Skarb kiedyś planował zabrać mnie w Särkänniemi do delfinarium, ale pamiętał jak parę miesięcy temu stwierdziłam, że jestem przeciwna wszelkim basenom, cyrkom, zoo (zoom?) i tresowaniu zwierząt dla zabawy tłumów i... nawet słówkiem nie pisnął, że moglibyśmy zobaczyć delfinki w Särkänniemi. Wszystko wyszło już "po czasie" i było już za późno żeby wracać. Cieszę się i naprawdę doceniam, że zwraca uwagę na to co mówię, ale kurczę.. w sumie to chciałabym zobaczyć to delfinarium :D Następnym razem.



Powyżej Näsijärvi, poniżej Tampere widziane z Näsinneula - wieży widokowej w Särkänniemi. W tle przebłyskujące między budynkami i lasami Pyhäjärvi.

Każdy weekend kiedyś się kończy i trzeba wrócić do "szarej rzeczywistości". Dla nas ta szara rzeczywistość była zupełnie nowym doświadczeniem i bardzo się z tego cieszyliśmy. No, przynajmniej ja się cieszyłam, bo Skarb trochę narzekał, że musi iść do pracy. Przekonałam go jednak, żeby zobaczył pozytywne strony - mamy szansę przekonać się jak to jest 'normalnie' funkcjonować w związku. Związki na odległość mają to do siebie, że kiedy para już się spotyka, mają dużo wolnego czasu, chodzą, zwiedzają i cały czas są razem. OK, to jest fajne, nawet bardziej niż fajne, ale to nie jest tzw. normalne życie. Bo ani życie, ani związek to nie wieczne wakacje. Tym razem mieliśmy szansę spróbować jak to jest być razem tak 'normalnie'. I mimo, że musieliśmy w ciągu dnia rozstać się na kilka godzin, kiedy K. szedł do pracy, nasze 'normalnie' okazało się całkiem harmonijne i przyjemne. Wstawaliśmy rano razem, on leciał do łazienki, ja przygotowywałam śniadanie. Potem szedł do pracy, ja czasem jeszcze wracałam do łóżka na pół godzinki, czasem od razu zaczynałam ogarniać mieszkanie, robiłam obiad, a później szłam na krótki spacer po okolicy. Niestety, samotne spacery nie są tak wspaniałe jak spacery we dwójkę, ale da się przeżyć ;) Obiad jedliśmy już razem, a potem zaliczaliśmy spacery we dwójkę. Parę razy K. musiał trochę popracować w domu, na co strasznie narzekał, ale c'mon - normalne życie to normalne życie. Swoją drogą, ciekawe doświadczenie w naszym wykonaniu ;) Poniżej kilka zdjęć z jednego z naszych spacerów. I znowu jeziorko i kaczuchy - o dziwo, nie spotkaliśmy żadnego kaczora, tylko samice z młodymi.



W środku tygodnia do Tampere przyjechała mama Skarba. Jak można się domyślić z wcześniejszych części, mamy K. jeszcze nie poznałam, bo kiedy byliśmy w Hämeenlinnie wymienić samochód, przyjechaliśmy w środku nocy i nikogo nie chcieliśmy budzić. Co prawda, mama była trochę zawiedziona, że ich nie obudziliśmy, ale myślę, że spotkanie o normalnej porze jest lepszą opcją ;) Mama K. przyjechała do Tampere akurat w swoje urodziny. Tego dnia odbyłam też swoją pierwszą samotną podróż komunikacją miejską :D Dobrze się złożyło, bo bardziej stresowało mnie to dotarcie do centrum niż poznanie mamy Skarba :D Z K. spotkaliśmy się pod budynkiem, w którym pracuje. Poszliśmy kupić róże w kwiaciarni, po czym zdzwoniliśmy się z mamą i poszliśmy na umówione miejsce. Myślę, że to był ten moment, kiedy zaczęłam się stresować :D Jak się okazało - nie było czym, bo mama K. okazała się bardzo miłą i ciepłą osobą. Zjedliśmy razem obiad, poszliśmy na piwo (tak, wiem, pierwsze spotkanie z prawdopodobnie przyszłą teściową i od razu piwo :D Ale smakowe, bo inne nie przechodzi mi przez gardło. Poza tym tylko jedno, dla ochłody ;)) i do parku. Ok. 20 odprowadziliśmy mamę na autobus, po czym sami wróciliśmy do mieszkania. Naprawdę, bardzo miło wspominam pierwsze spotkanie z mamą K. I dobrze się złożyło, że wpadła do Tampere, bo od razu mniej się stresowałam kiedy kilka dni później jechaliśmy do jego domu rodzinnego poznać tatę.
Widok z mieszkania Skarba, w tle kolejna wieża widokowa: Vesitorni - wieża wodna.
 Powyższe zdjęcie już zrobione właśnie z tej wieży.
W piątek, czyli w nasz ostatni dzień w Tampere (w sobotę jechaliśmy do Hämeenlinny), pojechaliśmy do centrum pochodzić jeszcze razem po mieście. Przy okazji spotkaliśmy się na moment z kumplami K. Siedzieliśmy na tarasie w jednej z restauracji, kiedy do nas podeszli. Miły gest, że przyszli się przywitać, mimo że widać było, że się spieszą do znajomych, którzy czekali na nich w pobliskim parku. Zaprosili nas, żebyśmy przyszli potem do nich i się zmyli, a jak wyśledziliśmy ich ze Skarbem, w parku czekały na nich dziewczyny, więc stwierdziliśmy, że nie będziemy przeszkadzać. K. nie znał też tych dziewczyn, a ja specjalnie nie nalegałam, żeby je poznał (:D), więc wypiliśmy soczki i poszliśmy na spacer. Nasz ostatni spacer w Tampere... Kumple potem pytali czemu się zmyliśmy, ale chyba zrozumieli, że nie chcieliśmy przeszkadzać ;) A my spędziliśmy uroczy wieczór, podziwiając zachód słońca nad jeziorem.
Rano w sobotę znowu pojechaliśmy do centrum na szybkie pamiątkowe zakupy. Wstąpiliśmy też do muzeum sztuki zobaczyć wystawę poświęconą Muminkom z okazji 100. rocznicy urodzin Tove Jansson, autorki książek.
 A taka kaczucha stoi sobie przy wejściu do muzeum :)

Po południu wyruszyliśmy do Hämeenlinny. Po drodze zatrzymaliśmy się w paru miejscach, bo Skarb chciał mi pokazać swoje rodzinne okolice. Trzy kolejne zdjęcia zrobiliśmy w okolicy Sääksmäki, gdzie zachowane są zamkowe fortyfikacje.


Pomiędzy Tampere i Hämeenlinną znajduje się piękny, biały most nad jeziorem Vanajavesi. K. wiedział od dawna, że pojedziemy tamtą drogą, bo kiedy dawno temu wysłał mi zdjęcia z tego miejsca, po prostu szczęka mi opadła. Przepięknie! Zatrzymaliśmy się w pobliskiej kawiarni, kupiliśmy puszki z lemoniadą i poszliśmy na pomost, z którego można było zobaczyć ten most. Słońce już prawie zachodziło, woda była spokojna, gdzieniegdzie przelatywały mewy, a wiatr delikatnie szumiał w koronach drzew. Ledwie wyciągnęłam aparat, żeby uchwycić te magiczne chwile, kiedy napadły nas osy :D Kochana lemoniadka! Próbowaliśmy robić uniki, ale osy nie dawały za wygraną i musieliśmy uciekać do samochodu. Oczywiście, zdjęcia żadnego nie zdołaliśmy zrobić nad czym bardzo ubolewałam, bo marzyłam o uwiecznieniu tego widoku. Na spokojnie opróżniliśmy puszki i ruszyliśmy w dalszą drogę. A przynajmniej tak myślałam, bo K. nic mi nie powiedział, a po prostu podjechał na parking z drugiej strony mostu. Tam już nie było lemoniady, nie było os, był za to aparat :D


Później zatrzymaliśmy się już tylko w jednym miejscu, tuż przed Hämeenlinną, gdzie K. odbył swoją służbę wojskową. K. bardzo dobrze wspomina tamten czas, łączy się z tym masa wspomnień, o których lubi opowiadać, a ja bardzo lubię ich słuchać :) Z jednej strony wspomnienia wciąż są tak żywe, że wydaje mu się jakby to było wczoraj, ale kiedy pomyśli, że poznaliśmy się właśnie kiedy kończył swoją służbę wrażenie jest wręcz odwrotne ;) 
Posąg (mającego wyglądać walecznie, ale chyba nie wyszło) lwa (jeden z symboli narodowych Finlandii) w miejscu, z którego 29.07.1863 Wielki Książę Finlandii Aleksander II oglądał fińską armię. Teraz jednostki wojskowe mają na tym polu różne ćwiczenia.
Po tym krótkim postoju pojechaliśmy już prosto do domu rodzinnego mojego Skarba. A o tym, co działo się w Hämeenlinnie napiszę już następnym razem. Nic się nie bójcie, podejrzewam, że to będzie już ostatnia część ;) Gratuluję tym, którzy doczytali do końca i do zobaczenia już wkrótce!