poniedziałek, 29 września 2014

Na walizkach

I znowu się pakuję. Jutro po południu czeka mnie przeprowadzka do Krakowa. Już się zastanawiam czego zapomnę :D Jakoś tak boję się nadchodzących miesięcy i nowego roku akademickiego. Niby wszystko zależy ode mnie, dopiero zaczynam, ale kurczę... Boję się. I zwyczajnie jestem zmęczona. Nie będę owijać w bawełnę, ostatni rok był dla mnie bardzo ciężki i moja pewność siebie, już i tak niewielka, została poważnie nadszarpnięta. Jestem wypompowana, ale w głębi duszy mam nadzieję, że jak tylko wpadnę w wir zajęć, energia sama mnie znajdzie. Oczywiście, mam na myśli tylko pozytywną energię ;) Cały czas powtarzam sobie, że będzie dobrze, więc może w końcu w to uwierzę. W kubku parzy się melisa, w głośnikach Mela Koteluk, a ja czekam na Skarba. Poskajpujemy, a później wezmę gorącą kąpiel. Przynajmniej pójdę do łóżka ze świadomością, że zrobiłam wszystko co możliwe, żeby się zrelaksować. Chociaż dzisiaj powinno pójść łatwiej, w końcu wstałam o 6 rano z zamiarem wyprawy do dziekanatu. Co z tego, że o 8 okazało się, że jednak dzisiejsza wizyta byłaby bezcelowa, przynajmniej nie wróciłam do ciepłych jeszcze pieleszy, żeby odespać.
A teraz Ed Sheeran. I See Fire i o matko, hobbity.
Hobbici.
Matko, jak bardzo Hobbit i Władca Pierścieni przypomina mi Skarba. Nasze pierwsze wspólne wieczory. Wspólne oglądanie filmów. No, przynajmniej próby oglądania ;) To zabawne, że z jednej strony wydaje się jakby to było wczoraj, a z drugiej... wieki temu. Oj, nic już więcej nie napiszę, wrzucam Ed'a i uciekam. Trzymajcie kciuki za jutrzejszy dzień!

piątek, 26 września 2014

Rekrutacja zakończona!

Po raz kolejny historia się powtarza. Przede mną kawa, a ja cicho stukam w klawiaturę. Jednak coś się zmieniło od niedzieli, kiedy ostatni raz tutaj pisałam. Temat przewijał się już wcześniej między postami, ale jakoś nie chciałam zdradzać szczegółów. Poza tym, jestem chyba jakimś pechowym człowiekiem, bo nawet prosty proces rekrutacji w moim przypadku nie może przebiegać tak jak należy i zawsze po drodze musi pojawić się masa nieoczekiwanych problemów, o których może niedługo napiszę coś więcej. Teraz jednak mogę już odetchnąć i oficjalnie powiedzieć: zostałam przyjęta na studia magisterskie! W trybie stacjonarnym! Od października ponownie będę mieszkać w Krakowie i zgłębiać wiedzę w zakresie filologii angielskiej! Zapowiada się naprawdę ciężka harówka, ale jak najbardziej warta swojej ceny. Uspokoiłam się. Kiedy poznałam wyniki rekrutacji, poczułam się dokładnie tak jak w chwili kiedy dostałam się do wymarzonego LO, a później na studia I stopnia. Poczułam spokój, ulgę i zarazem podekscytowanie. Spokój i ulgę dlatego że miałam sprecyzowany plan na najbliższe 3 lata, wiedziałam co będę robić, a podekscytowanie pojawiło się jak zwykle przed czymś nowym i jeszcze nieznanym. Dzisiaj jest podobnie, z tą różnicą, że "plan na życie" obejmuje 2 lata, a uczelnię dobrze znam :) Mieszkanie, jak już kiedyś wspomniałam, też zostaje to samo, tylko pokój będzie inny. Na początku września odwiedziłam panią 'landlady', obejrzałam dokładnie pokój i przypuszczam, że mimo że jest mniejszy od poprzedniego, będzie mi się w nim milej mieszkało. Wychodzi na to, że tylko przedmioty i ludzie będą nowi. Trochę się tym stresuję, bo bardzo ważne jest, żeby na studiach trafić na dobrą grupę i fajnych ludzi, z którymi można stworzyć prawdziwy team i wzajemnie się wspierać. Nie chodzi mi tu o spisywanie notatek, czy inne formy 'pomocy' na egzaminach, ale o zwykłej, ludzkiej współpracy. Notatki można razem uzupełniać, bo nierzadko tak jest, że jedna osoba wyłapie z wykładu jedno, a druga coś innego, do egzaminów też można powtarzać razem. Nie wspomnę o wspólnych projektach, gdzie istotna jest współpraca, a nie liczenie na to, że "inni zrobią to lepiej, a ja się poopierniczam w międzyczasie i nie będę nikomu przeszkadzać". No ale dobra, nie będę tu jeszcze snuć wywodów socjologicznych. Będzie co ma być, a będzie dobrze! Tymczasem pomyślny wynik rekrutacji uczciłam niewielkim zamówieniem z internetowego antykwariatu:
Siedmiu braci, czyli tzw. "powieść życia" Aleksisa Kiviego, a także pierwsza powieść napisana w języku fińskim. Książka, którą każdy szanujący się Finomaniak powinien przeczytać ;) A tak na poważnie, bardzo długo polowałam na nią w lokalnej bibliotece, co niestety mi się nie udało. Kiedy nadszedł czas mojej manii kupowania fińskiej literatury, nie wiedzieć czemu skupiłam się na literaturze współczesnej, o starszej (z wyjątkiem epopei narodowej, Kalevali, oraz zbioru opowiadań fińskich autorów) prawie całkiem zapominając. Temat książki przewinął się nawet w sierpniu, kiedy byliśmy ze Skarbem w Polsce, ale dopiero tydzień temu, kiedy czytałam Fantastyczne samobójstwo zbiorowe Paasilinny i książka znowu została wspomniana, coś mnie w końcu oświeciło i zamówiłam swój egzamplarz Siedmiu braci. Poza tym co przed chwilą napisałam, o książce wiem niewiele. Wydana w 1870 r, jedyna powieść Kiviego, który pracował nad nią 10 lat. Opowiada o siedmiu braciach pochodzących z prostej, biednej rodziny, niewykształconych i skonfliktowanych praktycznie ze wszystkimi ludźmi z otoczenia. Kiedy przed konfirmacją są zmuszeniu w końcu nauczyć się czytać, postanawiają uciec i zamieszkać w lesie, gdzie walczą z prawami natury i przeżywają wiele przygód. Hmm, wg mnie zapowiada się intrygująco i mam nadzieję, że znajdę czas by ją przeczytać :)

niedziela, 21 września 2014

Samobójstwo fantastyczne

Przede mną stoi kubek z muminkami po brzegi wypełniony kawą. Po lewej piętrzą się słowniki i materiały do nauki fińskiego. Po prawej słowniki do angielskiego. To tak w celu zmotywowania się do skończenia zaległego tłumaczenia, które wisi nade mną jak.. nie wiem co. Jakoś nie jestem ostatnio w nastroju na nic. Wyniki rekrutacji na II stopień studiów coraz bliżej, przez co nie dam rady na niczym się skupić. Rytm dnia też mam totalnie rozstrojony, zasypiam ok. 2 nad ranem, wstaję o 10. I nieważne jak wcześnie chodzę spać, przez parę godzin muszę przewracać się z boku na bok. Za dużo stresu, za dużo myśli w rozczochranej. A w ciągu dnia zdycham. Moje wielkie postanowienie porzucenia kawy odeszło w zapomnienie. Chociaż muszę przyznać, że jakiś czas temu udało mi się przestać pić ten aromatyczny, wręcz życiodajny, płyn na dobrych kilka miesięcy. Niestety, z radością wróciłam do tego jakże przyjemnego nałogu.
Wszystkie sprawy powoli idą do przodu. Studia, fiński, lekcje, tłumaczenia - wszystko się klaruje. W tym tygodniu powinno być już całkiem jasno. Później już tylko jaśniej, mam nadzieję. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, końcówka wakacji będzie przyjemnie intensywna. Póki co snuję swoje małe plany i kolejno odhaczam je na liście jako zrobione. I tego mam zamiar się trzymać. Mniej czasu na myślenie, więcej działania. I wszyscy będą happy. A jeszcze z takich działań całkiem pozytywnych, sięgnęłam ostatnio na moją półkę z książkami dot. Finlandii - są tam zarówno dzieła popularnonaukowe traktujące o kraju, jego historii, kulturze itd, albumy, kursy językowe, słowniki, ale także książki fińskich autorów. Trafiła mi w ręce pozycja wręcz idealna na koniec wakacji:
Książkę czytałam już kilka lat temu i pamiętam, że bardzo mi się podobała. Teraz pragnę ją nieco odświeżyć i czytam jeszcze raz. Czytam? Przepraszam, POCHŁANIAM. Do końca zostało mi jakieś 110 stron i myślę, że poradzę sobie z nimi jeszcze tej nocy ;) Wiadomo, że Finowie mają specyficzne poczucie humoru i ogólnie osobliwe podejście do życia, a jak tak sobie obserwuję, Lapończycy (a przynajmniej ci fińscy), ONI dopiero mają podejścia! Pan Arto Paasilinna, urodzony w miejscowości Kittilä, jest właśnie takim fińskim Lapończykiem i w swojej książce w zabawny (!) sposób podchodzi do problemu samobójstwa. OK, ja rozumiem, że fikcja literacka itede, ale faktem jest, że na północy problem samobójstw jest dosyć poważny. Przykładowo, w 1990 r., czyli kiedy Paaslinna publikował swoją książkę, wskaźnik samobójstw w Finlandii przekraczał 1500 osób, co na kraj zamieszkiwany przez ok. 5mln ludzi jest naprawdę wysoką liczbą. Na szczęście od tego czasu statystyki znacznie spadły i miejmy nadzieję, że tendencja spadkowa się utrzyma. Co ciekawe, to mężczyźni częściej decydują się skończyć swoje życie, liczba ta od lat trzykrotnie przewyższa liczbę samobójstw popełnionych przez kobiety. A jak ugryzł ten temat Paasilinna? Z tyłu książki możemy się dowiedzieć, że:
Dyrektor Onni Rellonen i pułkownik Hermanni Kemppainen przypadkowo wchodzą do tej samej stodoły, by popełnić samobójstwo. Jednak postanawiają je odłożyć, zamieszczają ogłoszenie w gazecie i zbierają grupę osób, podobnie jak oni zniechęconych do życia. W końcu wyruszają autokarem w zwariowaną podróż po Europie, chcąc znaleźć odpowiednie miejsce na zrealizowanie ponurego zamiaru.
Na razie nic więcej odnośnie fabuły nie zdradzę, ale momentami zastanawiam się co też może siedzieć w głowie autora, że wpadł na pomysł ujęcia tematu z tej strony. W zasadzie z tak wielu różnych perspektyw. Swoją drogą, zastanawiam się czy pomysł fikcyjnych bohaterów - Rellonena (którego imię, Onni - o ironio - oznacza "szczęście") i Kemppainena - nie dałoby się wykorzystać jako formę terapii dla osób myślących nad samobójstwem. No dobra, kończę już, bo za dużo powiem ;)

niedziela, 14 września 2014

Panie pedagożki i ich belferskie rywalizacje

I stało się. Z naszej nie-takiej-świętej trójcy, czyli A. K. i mnie, tylko ja jeszcze nie jestem mężatką. Ba, nie jestem nawet zaręczona, ale przecież nikt nie umiera, oboje ze Skarbem mamy czas, a poza tym nie o naszym stanie cywilnym dzisiaj ma być. Jako że z K. kiedyś razem studiowałyśmy, z okazji jej ślubu i wcześniejszego wieczorku panieńskiego "odnowiły się" moje dawne znajomości z dziewczynami z "naszego" roku. Moja przygoda z pedagogiką wczesnoszkolną zakończyła się dosyć szybko, zresztą już wtedy traktowałam to jako "okres przejściowy" zanim mogłam studiować swój wymarzony kierunek. Na pedagogice jakoś ciężko mi było z kimkolwiek stworzyć względnie silną więź, która utrzymałaby się po moim odejściu. W związku z tym przez ostatnie lata nie utrzymywałam zażyłego kontaktu z dziewczynami i utkwiły one w mojej pamięci takie jakie były na początku swoich studiów - radosne, pełne pasji, pozytywnej energii i szczerej życzliwości. Pierwsze spotkanie po długiej przerwie nastąpiło na wspomnianym wieczorku panieńskim K. Wieczorek organizowała nasza dobra koleżanka z LO u siebie na mieszkaniu, później miałyśmy się przenieść do klubu. Przygotowania do imprezy trwały ok. miesiąca, w tym czasie umówiłyśmy się co kto przynosi i co kupujemy dla K. Panie pedagożki, wielkie koleżanki K., podczas przygotowań cały czas kręciły nosami. Pomysły innych dziewczyn im nie odpowiadały, a same w zamian nie wymyśliły niczego dobrego. W zasadzie żadna propozycja, nawet kiepska, nie padła z ich strony. No ale OK - były na liście gości podesłanej przez K. to trzeba było jakoś przełknąć tę cytrynę, uśmiechnąć się i współpracować. Nadszedł dzień imprezy. Organizatorka całej akcji prosiła nas wszystkie, żebyśmy w miarę możliwości przyjechały do niej wcześniej. Ja miałam przyjechać już kilka godzin przed rozpoczęciem Wieczorku, żeby pomóc przygotowywać przekąski itd. Zgodnie z umową przyjechałam i przywiozłam to co miałam przywieźć. Inne dziewczyny też pojawiły się wcześniej, więc razem przygotowania poszły nam błyskawicznie. Przyszła Panna Młoda miała pojawić się w mieszkaniu po 21, reszta miała przyjść przynajmniej kilkanaście minut przed 21., żeby PM nie musiała czekać na swoich gości. O 21, trochę już zniecierpliwione, w dalszym ciągu czekałyśmy na panie pedagożki, które miały zaopatrzyć imprezę w ciasteczka. Pedagożki zadzwoniły ok. 21:15 z pytaniem o dokładny dojazd do mieszkania. Pojawiły się 10 minut później, obrzuciły pogardliwym wzrokiem stół, po czym wyciągnęły z torby... paluszki. Jak Boga kocham, przypomniała mi się scena z kultowego Kogla-Mogla. Dobrze, że nasza organizatorka przeczuła sytuację i sama wcześniej kupiła ciastka. Kiedy przyszła K. na początku było nawet całkiem miło, ale z czasem pedagożki zaczęły się coraz bardziej alienować. I zaczęło się też patrzenie na innych z góry i dogryzanie ze strony jednej Wielkiej Pani Pedagog. Za bardzo nie rozumiałam (i chyba już nie zrozumiem) zachowania tej dziewczyny, ale generalnie wywnioskowałam, że wg jej światopoglądu studia to nie wszystko. Liczy się praca. Po ukończeniu pedagogiki przedszkolnej i wczesnoszkolnej najlepiej pracować w klasach 1-3. Praca w przedszkolu i z młodszymi dziećmi jest po prostu porażką. Prowadzisz grupę pięciolatków? Jesteś nikim w belferskim świecie. Co to za praca, do której przychodzisz śpiewać sobie piosenki i bawić się z dziećmi? Po prostu jesteś GORSZA. Natomiast podstawówka - TO jest dopiero wyzwanie! 
Dosyć.
Osoba (teoretycznie) wykształcona. Młoda. Z tzw. otwartym umysłem. Pracująca z dziećmi w szkole podstawowej. Nauczycielka, która ma uczyć i wychowywać. A maniera taka, że słabo się robi. I po co to wszystko? Skąd w ogóle ta cała pogarda? Naprawdę, niewiarygodne jest to, jak kilka lat może zmienić człowieka. I to dziewczynę, którą kiedyś uważałam za całkiem miłą i sympatyczną. Czy naprawdę o to chodzi w tzw. dorosłym życiu? Jaki sens jest w wywyższaniu się i dogryzaniu innym? Już pominę fakt, że pogarda do zawodu przedszkolanki jest zupełnie bezpodstawna. Uderzyło mnie to, że na dodatek tyle pogardy okazuje osoba, która właśnie z zawodu jest przedszkolanką. Po jaką ch.olerę takie rywalizacje w jednym zawodzie, po tym samym kierunku studiów? Rywalizacja jest dobra, bo działa trochę jak perpetuum mobile i motywuje ludzi do rozwoju. Oczywiście, chodzi mi o tę zdrową rywalizację. Ale pogarda? Serio?
Na weselu zachowywała się podobnie: słodkie minki przy nawet nie ukrywanym pluciu jadem dookoła. Tfu. Na szczęście była to tylko jedna osoba. Na moje oko bardzo zakompleksiona. Inaczej nie potrafię wytłumaczyć jej zachowania. I szczerze mówiąc, szkoda mi jej. Jednak najbardziej szkoda mi dzieci, które uczy i wychowuje. Bo dyplom to coś istotnego w tym zawodzie, ale też nie wszystko. Liczy się serce i pokora. A tego, niestety, niektórym pedagogom brakuje.

środa, 10 września 2014

Podróż do Finlandii | part IV - podsumowanie

Dzisiaj zanosi się na podsumowanie relacji z sierpniowego wyjazdu do kraju mojego Skarba. Jednak zanim to nastąpi, mam jeszcze do opisania nasz pobyt w Hämeenlinnie. W sobotę po południu wyjechaliśmy z Tampere, jednak ze względu na kilka postojów po drodze, do Hämeenlinny dotarliśmy dopiero ok. 20. Akurat tego dnia krewni Skarba z Helsinek przyjechali do jego rodziców ze względu na urodziny jego mamy, które były kilka dni wcześniej. Podobno bardzo chcieli się też z nami zobaczyć, ale przyjechaliśmy późno i już się z nimi minęliśmy. Trochę żałowaliśmy, ale kiedy później byliśmy w Polsce, zadzwoniliśmy do nich na Skype i chwilę rozmawialiśmy, więc nic straconego - tak czy siak nas zobaczyli ;) 
Kiedy podjechaliśmy pod dom, mama Skarba siedziała w ogrodzie, a koło niej kręcił się miniaturowy czarny niedźwiadek, czyli pies K. rasy Lapinkoira (pies lapoński). Psy lapońskie są średniej wielkości, mają długie i niesamowicie grube futro (w końcu pochodzą w Laponii, a muszą jakoś przetrwać srogą zimę) i generalnie wyglądają jak miniaturki niedźwiadków właśnie. Tylko że są o wiele milsze ;) Przywitaliśmy się z mamą i za chwilę z domu wyszedł ojczym Skarba, którego wcześniej jeszcze nie poznałam. Podobnie jak mama K, okazał się bardzo miłym człowiekiem i cały mój stres momentalnie odszedł w zapomnienie. Zanieśliśmy walizki do naszego pokoju i poszliśmy posiedzieć z rodzicami. W międzyczasie daliśmy im album-przewodnik po Polsce, z którego chyba bardzo się ucieszyli ;) Ja też się ucieszyłam, bo książka ważyła 2kg i zrobiło się sporo miejsca w walizce jak ją wyciągnęłam ;D Z rodzicami przesiedzieliśmy w ogrodzie do 1 w nocy, pijąc wino i rozmawiając. Tak dobrze czułam się między nimi, że nawet nie czułam upływającego czasu. OK, muszę przyznać, że była jedna, wręcz dramatyczna sytuacja. Było już całkiem ciemno, paliła się tylko jedna świeca, kiedy ojczym K. zapytał czy chcę ser. Powiedział nazwę, której nie znałam i która i tak nic by mi nie powiedziała, a że jadąc do Finlandii obiecałam się otwierać na nowe smaki - wzięłam kawałek sera, przekroiłam go jeszcze na pół i taką połówkę włożyłam sobie do ust. Ch.olera jasna. To był ser pleśniowy. O naprawdę bardzo mocnym smaku. W tym miejscu muszę powiedzieć, że w swoim życiu miałam już kilka podejść do serów pleśniowych i naprawdę chciałam się do nich przekonać - nie mogę. Za każdym razem nawet maleńki kawałeczek wydaje się rosnąć w buzi do monstrualnych rozmiarów, w gardle pojawia się gula (przypuszczam, że mój żołądek w takiej chwili ma dar błyskawicznego przemieszczania się), a do oczu napływają łzy. Tak też było tym razem, przeklinając się w duchu, że nie dopytałam (albo nawet nie przyjrzałam się) co to, rozpaczliwie zaczęłam szukać ratunku. W tym momencie zobaczyłam na stole swoją lampkę wina. Wiedziałam, że jak szybko czegoś nie zrobię, to nigdy nie przełknę tego sera, więc czym prędzej wzięłam duży łyk wina i jakoś udało mi się przepchać ser przez gardło. Wszystko to trwało kilka sekund i nawet nie wiem, czy Skarb to zauważył. Potem jednak to samo musiałam zrobić z drugą połówką. Tutaj już było łatwiej, bo wiedziałam czego się spodziewać :D Jak tylko poradziłam sobie z serem, z kuchni wróciła mama K. i przyniosła skrojone owoce. Tym razem to do niej padło pytanie o serek, na co fuknęła tylko, że jest zdecydowanie za mocny i ani myśli go jeść. Wtedy powiedziałam, że "nie jest taki zły z winem", a mama K. zaczęła się śmiać i powiedziała "chyba tylko jak przepijasz kawałek haustem wina". Hmm, chyba ktoś jednak mnie przejrzał :D W każdym razie, tego wieczoru jadłam już tylko owoce. "Impreza" skończyła się późno, więc potem już tylko wzięliśmy szybki prysznic i poszliśmy spać. Trochę się wzruszyłam kiedy weszłam do pokoju K. - pokoju, który do tej pory widziałam za jego plecami, kiedy rozmawialiśmy na Skype. A teraz tam stałam, otoczona jego małym światem, w miejscu, gdzie dorastał. Co ciekawe, rodzice K. zachowali jego prace z przedszkola i podstawówki. Figurka świnki, rysunki, w kuchni nawet wisi oprawiona wyklejanka, którą zrobił kiedy miał kilka lat - piękny zwyczaj, stwierdziliśmy, że my też kiedyś zachowamy pamiątki z dzieciństwa naszych dzieci :)
Następnego dnia zrobiliśmy małą rundkę po muzeach. Zwiedziliśmy dawne więzienie, które teraz funkcjonuje właśnie jako muzeum, słynny zamek w Hämeenlinnie (który pod panowaniem rosyjskim też został przerobiony na więzienie) oraz Muzeum... Artylerii Finlandii. Muzea znajdują się rzut beretem od zamku, który, swoją drogą, leży nad ogromnym jeziorem Vanajavesi i przy uroczym parku Linnanpuisto. W ogóle Hämeenlinna to takie piękne, spokojne miasto. Podobno Finowie z innych miast śmieją się, że to "żywy cmentarz", bo jest tam tak cicho i nic się nie dzieje, ale ja myślę, że właśnie ten spokój czyni Hämeenlinnę tak wyjątkowym miejscem.



Zamek jest naprawdę piękny, zaczęto go budować prawdopodobnie już w XIII w. w czasie krucjaty szwedzkiej. Budowa trwała kilka wieków i z biegiem czasu zmieniał się surowiec, który używano do budowy. Początkowo był to szary kamień, jednak z czasem został zastąpiony cegłą. Jak już wcześniej wspomniałam, kiedy Finlandia znajdowała się pod panowaniem rosyjskim, zamek "przerobiono" na więzienie, które zamknięto dopiero w 1972 r. (!). Jak można się domyślać, wiele oryginalnych form zostało zmienionych na rzecz więzienia, przez co budowla bezpowrotnie utraciła część swojej historii.
Tego samego dnia odwiedziliśmy kolejną - czwartą, ostatnią, wieżę widokową w Aulanko. Aulangon Näkötorni, bo tak się właśnie nazywa, z zewnątrz przypomina mi wieżę zamkową.
Jest to też jedyna wieża, którą odwiedziliśmy, która w ogóle nie miała windy. Poprzednio tylko na Pyynikin Näkötorni drapaliśmy się po schodach, ale tylko dlatego, że nie chciało nam się czekać na windę.
Tuż pod wieżą znajduje się taras widokowy, gdzie poprosiliśmy pewnego miłego pana o zrobienie nam zdjęcia. Już z tego tarasu widok był taki, że szczęka znowu mi opadła.

Pod wieżą, schodząc schodkami wgłąb lasu, można zobaczyć niedźwiedzią jamę. (Nie)stety, prawdziwego niedźwiedzia tam nie zobaczyliśmy ;)
Poniedziałek był naszym ostatnim dniem w Finlandii. Cały dzień spędziliśmy na mieście, zwiedzając i spacerując, a towarzyszyła nam mama Skarba :) Dzień ten w pewnym sensie przeszedł też do historii - po raz pierwszy bez problemu zwiedziliśmy kościół! Wcześniej, do jakiegokolwiek kościoła byśmy nie poszli, zawsze coś było nie tak: albo był zamknięty, albo zamykano nas w nim na klucz, albo była Msza i nie można było zwiedzać. Nawet kiedy poszliśmy do synagogi okazało się, że tego dnia była zamknięta dla zwiedzających. W Finlandii tez chcieliśmy wejść do wielu kościołów, bo Skarb bardzo chciał mi pokazać wnętrze kościoła protestanckiego. W Tampere nam się nie udało, ale postanowiliśmy spróbować w Hämeenlinnie. Udało nam się dostać do 2 z 3 zaplanowanych kościołów, co stanowi dla nas swoisty rekord :D Pierwszym był Hämeenlinnan kirkko, znajdujący się na rynku.



Jak to w kościołach protestanckich, wnętrze jest proste i skromne. Mi osobiście bardzo coś takiego odpowiada, miejsce do modlitwy powinno być jak najbardziej uproszczone, żeby człowiek mógł się skupić na tym co najważniejsze - modlitwie i żeby go przy tym nic nie rozpraszało. Niestety, mam tylko zdjęcia zrobione w środku, poniższego zdjęcia sama nie zrobiłam:
(źródło: http://www.matkailu-opas.com/hameenlinnan-kirkko.html)
Następnie poszliśmy na długi spacer po mieście.
W Finlandii 1go maja obchodzone jest tzw. Vappu. Początkowo celebrowano wtedy początek wiosny, na wsiach był to też pierwszy dzień kiedy po zimie wyprowadzano bydło na łąki. Dzisiaj 1. maja to głównie święto studentów. W całym kraju organizowane są wtedy pikniki, a w Helsinkach jest pochód studentów, który kończy się na placu senackim przy fontannie Havis Amanda. Momentem kulminacyjnym jest założenie na fontannę specjalnej białej czapki noszonej przez studentów (ylioppilas lakki). Jest to symboliczne przejęcie miasta przez studentów na jeden dzień. Studenci w Hämeenlinnie nie chcieli być gorsi i też mają swoją "Havis Amandę", którą ubierają w czapeczkę. A, jako że Hämeenlinna jest mniejsza od Helsinek - fontanna też jest skromniejsza :D Dla porównania wklejam zdjęcie helsińskiej Havis Amandy:
(źródło: http://static.panoramio.com/photos/large/16349408.jpg)
Pomnik przed biblioteką miejską
Powyżej pomnik w parku Sibeliusa, w tle szkoła, do której uczęszczał kompozytor.

Następnie pojechaliśmy zobaczyć nowo odrestaurowany stadion w Hämeenlinnie. W 1952 r. letnie igrzyska olimpijskie zostały zorganizowane w Helsinkach, ale wiadomo, że nie wszystkie dyscypliny mogły zostać przeprowadzone w stolicy. W Hämeenlinnie walczono w pięcioboju nowoczesnym. Dzisiaj, po remoncie miejsce to wygląda tak:

Po wizycie na stadionie pojechaliśmy do sąsiedniej miejscowości, Hattuli, zobaczyć Kościół Świętego Krzyża z XV w. Co ciekawe, początkowo był to kościół katolicki, ale wyznanie z czasem zostało zmienione na protestantyzm. Budynek jest zbudowany z cegły, co na czasy średniowieczne było pewnego rodzaju ewenementem. Cegła była wtedy bardzo drogim materiałem, w związku z czym wszystko budowano albo drewniane, albo z szarego kamienia. W Finlandii są tylko trzy budynki średniowieczne zbudowane z cegły, dwa z nich znajdują się w regionie Häme, są to: zamek w Hämeenlinnie i właśnie kościół Świętego Krzyża. Trzecią budowlą jest zamek w Turku.

W Hämeenlinnie pojechaliśmy do jeszcze jednego kościoła, z tych wszystkich nam najbliższego, ponieważ właśnie przy nim pochowani są dziadkowie K. Niestety, kościół był zamknięty i nie mogliśmy dostać się do środka. K. nie mógł tego przeboleć, bo bardzo chciał, żebyśmy weszli do środka. Kiedyś na pewno nam się to uda :)

Powyżej zdjęcie cmentarza "nowego typu". Za kościołem jest mała łączka, na której wysypuje się prochy zmarłego, natomiast tabliczkę z imieniem, nazwiskiem oraz datą urodzenia i śmierci przytwierdza się do kamiennego słupa. Czuję, że ten sposób pewnego dnia dotrze i do Polski.
Poniedziałek był pierwszym dniem kiedy się rozpadało. Wcześniej jednego dnia pokropiło trochę w Tampere, ale ostatniego dnia w Hämeenlinnie doczekaliśmy prawdziwej ulewy. K. z mamą śmiali się, że w końcu zobaczyłam prawdziwe fińskie lato - do tej pory było bardzo słonecznie i ciepło ;) Po południu pojechaliśmy jeszcze z mamą na obiad i wtedy zaczęło do nas docierać, że następnego dnia o tej samej porze będziemy już w Polsce.
Wtorek także przywitał nas deszczem. Wstaliśmy wcześnie, wrzuciliśmy ostatnie rzeczy do walizek i rodzice K. odwieźli nas na przystanek autobusowy, skąd mieliśmy ruszyć do Helsinek. Pożegnaliśmy się, wyściskaliśmy z mamą K. i... aż płakać mi się chciało. Naprawdę ją polubiłam. Kiedy podjechał autobus, czas zaczął pędzić jak szalony. Podróż do Helsinek minęła błyskawicznie, podobnie lot do Polski i droga do domu. O całym pobycie tutaj już nie wspomnę :) ale zawsze tak jest jak jesteśmy razem.

 Finlandia z lotu ptaka...
...i Polska :)

Podsumowując, pojechałam do kraju, który nie rozpieszczał i nie rozpieszcza swoich mieszkańców. Zobaczyłam ludzi ambitnych, wytrwałych i dążących do szczęścia. Potrafiących obrać cel i trzymać się go. Ludzi szanujących siebie nawzajem i miejsce, w którym przyszli na świat. Ludzi, którzy przede wszystkim akceptują i szanują wszystko wokół. I którym po prostu się chce. Bawić. Kształcić. Pracować. I żyć. Którzy dobrze wiedzą, że narzekanie jest łatwe, ale puste i to właśnie ciężko pracą mogą osiągnąć, może nie wszystko, ale z pewnością wiele. Za to powinniśmy ich podziwiać i z nich brać przykład. Za to ich szanuję i lubię. A jednego nawet kocham ;)

poniedziałek, 8 września 2014

Podróż do Finlandii | part III relacji-dokumentacji

Dzisiaj będzie trochę długo, więc żeby już nie przedłużać, zaczynam. Oto kolejna część - trzecia - relacji z moich fińskich wojaży.
W niedzielę, póki Skarb miał jeszcze wolne od pracy, popłynęliśmy na jedną z pobliskich wysp, Viikinsaari. I tutaj muszę pewnie w skrócie wyjaśnić o co chodzi. Tampere to naprawdę piękne miasto przemysłowe, położone między dwoma dużymi jeziorami: Näsijärvi, które otacza miasto od północy i Pyhäjärvi, oblewające Tampere od południa. Viikinsaari leży na Pyhäjärvi i można się tam dostać stateczkiem odpływającym z samego centrum miasta. Poniżej wrzucam kilka zdjęć ;) Żeby powiększyć wystarczy w nie kliknąć.
Jeszcze przed wypłynięciem, most Laukonsilta pod którym potem płynęliśmy. Jakoś spodobał nam się nowatorski design :D
O ile mnie pamięć nie myli, Viikinsaari to ta wyspa na środku


I poniżej fragment panoramy miasta :)

Podróż na Viikinsaari trwa ok. 20 minut, na wyspie można coś zjeść, pójść na spacer piękną trasą, jest boisko, plac zabaw i miejsce do palenia grilla lub ogniska. Jest też tzw. ścieżka miłości, ale my nią nie poszliśmy, bo zaczęliśmy okrążać wyspę z drugiej strony, poza tym przecież gdziekolwiek nie pójdziemy, idziemy własną ścieżką miłości ;D
Tutaj już na wyspie. Poniżej pierwsza rzecz, którą zobaczyliśmy po zejściu z pomostu: uroczy drewniany budynek, w którym znajdowała się restauracja.

Na spacerze zauważyłam całkiem przyjemne skałki wychodzące trochę w jezioro. Uparłam się, że muszę stamtąd zrobić zdjęcie. Powyżej moment realizacji niecnego planu, kiedy obmyślałam jak się dostać na sam koniec i nie wpaść do jeziora :D Skarb stał w tym czasie na brzegu i ubawiony po pachy dokumentował wyczyny...
... w końcu sam dołączył do mnie :)
Idąc dalej w las, spotkaliśmy małego przyjaciela. OK, gdyby K. mnie nie zatrzymał, rozdeptałabym niechcący tego przyjaciela, bo w najlepsze siedział sobie na środku ścieżki i wpierniczał koniczynkę jak gdyby nigdy nic. Mało tego, w ogóle nie uciekał, kiedy zaczęliśmy mu robić zdjęcia. Jak widać poniżej, nawet całkiem ładnie nam pozował :)

Wracając ze spaceru znaleźliśmy wcześniej wspomnianą ścieżkę miłości, ale byliśmy już trochę spragnieni i poszliśmy się czegoś napić. Zajrzeliśmy też do restauracji, ale tłumy i ceny trochę nas odstraszyły, postanowiliśmy tylko się czegoś napić i skubnąć coś potem na mieście.
Powyżej zdjęcie najlepszego i najdroższego soczku w kartoniku, jaki kiedykolwiek piłam :D Trip. Soczek-legenda, smak dzieciństwa mojego Skarba itepe itede. Co z tego, że w przeliczeniu na złotówki kosztował więcej niż 5zł. Ten smak <3
Statki z Viikinsaari do Tampere odpływały (o ile dobrze pamiętam) co 30 min. Jako że jeden kurs nam uciekł, zrobiliśmy jeszcze małą rundkę nad brzegiem Pyhäjärvi i przy okazji trafiliśmy na kolejnych małych fińskich przyjaciół: kaczuchy. Cztery całkiem urocze kwoczki, które także nas się nie bały i podchodziły całkiem blisko.

Właśnie dzięki nim niemal przegapiliśmy następny stateczek :D Zaaferowani kaczkami, nawet się nie zorientowaliśmy jak daleko za nimi poszliśmy i musieliśmy biec na przystań. No ale jak to mówią, sport to zdrowie, nie? ;)
Wróciliśmy do Tampere i poszliśmy prosto do parku rozrywki Särkänniemi, gdzie znajduje się kolejna wieża widokowa. W Särkänniemi poszliśmy właśnie na wieżę i do akwarium, Skarb kiedyś planował zabrać mnie w Särkänniemi do delfinarium, ale pamiętał jak parę miesięcy temu stwierdziłam, że jestem przeciwna wszelkim basenom, cyrkom, zoo (zoom?) i tresowaniu zwierząt dla zabawy tłumów i... nawet słówkiem nie pisnął, że moglibyśmy zobaczyć delfinki w Särkänniemi. Wszystko wyszło już "po czasie" i było już za późno żeby wracać. Cieszę się i naprawdę doceniam, że zwraca uwagę na to co mówię, ale kurczę.. w sumie to chciałabym zobaczyć to delfinarium :D Następnym razem.



Powyżej Näsijärvi, poniżej Tampere widziane z Näsinneula - wieży widokowej w Särkänniemi. W tle przebłyskujące między budynkami i lasami Pyhäjärvi.

Każdy weekend kiedyś się kończy i trzeba wrócić do "szarej rzeczywistości". Dla nas ta szara rzeczywistość była zupełnie nowym doświadczeniem i bardzo się z tego cieszyliśmy. No, przynajmniej ja się cieszyłam, bo Skarb trochę narzekał, że musi iść do pracy. Przekonałam go jednak, żeby zobaczył pozytywne strony - mamy szansę przekonać się jak to jest 'normalnie' funkcjonować w związku. Związki na odległość mają to do siebie, że kiedy para już się spotyka, mają dużo wolnego czasu, chodzą, zwiedzają i cały czas są razem. OK, to jest fajne, nawet bardziej niż fajne, ale to nie jest tzw. normalne życie. Bo ani życie, ani związek to nie wieczne wakacje. Tym razem mieliśmy szansę spróbować jak to jest być razem tak 'normalnie'. I mimo, że musieliśmy w ciągu dnia rozstać się na kilka godzin, kiedy K. szedł do pracy, nasze 'normalnie' okazało się całkiem harmonijne i przyjemne. Wstawaliśmy rano razem, on leciał do łazienki, ja przygotowywałam śniadanie. Potem szedł do pracy, ja czasem jeszcze wracałam do łóżka na pół godzinki, czasem od razu zaczynałam ogarniać mieszkanie, robiłam obiad, a później szłam na krótki spacer po okolicy. Niestety, samotne spacery nie są tak wspaniałe jak spacery we dwójkę, ale da się przeżyć ;) Obiad jedliśmy już razem, a potem zaliczaliśmy spacery we dwójkę. Parę razy K. musiał trochę popracować w domu, na co strasznie narzekał, ale c'mon - normalne życie to normalne życie. Swoją drogą, ciekawe doświadczenie w naszym wykonaniu ;) Poniżej kilka zdjęć z jednego z naszych spacerów. I znowu jeziorko i kaczuchy - o dziwo, nie spotkaliśmy żadnego kaczora, tylko samice z młodymi.



W środku tygodnia do Tampere przyjechała mama Skarba. Jak można się domyślić z wcześniejszych części, mamy K. jeszcze nie poznałam, bo kiedy byliśmy w Hämeenlinnie wymienić samochód, przyjechaliśmy w środku nocy i nikogo nie chcieliśmy budzić. Co prawda, mama była trochę zawiedziona, że ich nie obudziliśmy, ale myślę, że spotkanie o normalnej porze jest lepszą opcją ;) Mama K. przyjechała do Tampere akurat w swoje urodziny. Tego dnia odbyłam też swoją pierwszą samotną podróż komunikacją miejską :D Dobrze się złożyło, bo bardziej stresowało mnie to dotarcie do centrum niż poznanie mamy Skarba :D Z K. spotkaliśmy się pod budynkiem, w którym pracuje. Poszliśmy kupić róże w kwiaciarni, po czym zdzwoniliśmy się z mamą i poszliśmy na umówione miejsce. Myślę, że to był ten moment, kiedy zaczęłam się stresować :D Jak się okazało - nie było czym, bo mama K. okazała się bardzo miłą i ciepłą osobą. Zjedliśmy razem obiad, poszliśmy na piwo (tak, wiem, pierwsze spotkanie z prawdopodobnie przyszłą teściową i od razu piwo :D Ale smakowe, bo inne nie przechodzi mi przez gardło. Poza tym tylko jedno, dla ochłody ;)) i do parku. Ok. 20 odprowadziliśmy mamę na autobus, po czym sami wróciliśmy do mieszkania. Naprawdę, bardzo miło wspominam pierwsze spotkanie z mamą K. I dobrze się złożyło, że wpadła do Tampere, bo od razu mniej się stresowałam kiedy kilka dni później jechaliśmy do jego domu rodzinnego poznać tatę.
Widok z mieszkania Skarba, w tle kolejna wieża widokowa: Vesitorni - wieża wodna.
 Powyższe zdjęcie już zrobione właśnie z tej wieży.
W piątek, czyli w nasz ostatni dzień w Tampere (w sobotę jechaliśmy do Hämeenlinny), pojechaliśmy do centrum pochodzić jeszcze razem po mieście. Przy okazji spotkaliśmy się na moment z kumplami K. Siedzieliśmy na tarasie w jednej z restauracji, kiedy do nas podeszli. Miły gest, że przyszli się przywitać, mimo że widać było, że się spieszą do znajomych, którzy czekali na nich w pobliskim parku. Zaprosili nas, żebyśmy przyszli potem do nich i się zmyli, a jak wyśledziliśmy ich ze Skarbem, w parku czekały na nich dziewczyny, więc stwierdziliśmy, że nie będziemy przeszkadzać. K. nie znał też tych dziewczyn, a ja specjalnie nie nalegałam, żeby je poznał (:D), więc wypiliśmy soczki i poszliśmy na spacer. Nasz ostatni spacer w Tampere... Kumple potem pytali czemu się zmyliśmy, ale chyba zrozumieli, że nie chcieliśmy przeszkadzać ;) A my spędziliśmy uroczy wieczór, podziwiając zachód słońca nad jeziorem.
Rano w sobotę znowu pojechaliśmy do centrum na szybkie pamiątkowe zakupy. Wstąpiliśmy też do muzeum sztuki zobaczyć wystawę poświęconą Muminkom z okazji 100. rocznicy urodzin Tove Jansson, autorki książek.
 A taka kaczucha stoi sobie przy wejściu do muzeum :)

Po południu wyruszyliśmy do Hämeenlinny. Po drodze zatrzymaliśmy się w paru miejscach, bo Skarb chciał mi pokazać swoje rodzinne okolice. Trzy kolejne zdjęcia zrobiliśmy w okolicy Sääksmäki, gdzie zachowane są zamkowe fortyfikacje.


Pomiędzy Tampere i Hämeenlinną znajduje się piękny, biały most nad jeziorem Vanajavesi. K. wiedział od dawna, że pojedziemy tamtą drogą, bo kiedy dawno temu wysłał mi zdjęcia z tego miejsca, po prostu szczęka mi opadła. Przepięknie! Zatrzymaliśmy się w pobliskiej kawiarni, kupiliśmy puszki z lemoniadą i poszliśmy na pomost, z którego można było zobaczyć ten most. Słońce już prawie zachodziło, woda była spokojna, gdzieniegdzie przelatywały mewy, a wiatr delikatnie szumiał w koronach drzew. Ledwie wyciągnęłam aparat, żeby uchwycić te magiczne chwile, kiedy napadły nas osy :D Kochana lemoniadka! Próbowaliśmy robić uniki, ale osy nie dawały za wygraną i musieliśmy uciekać do samochodu. Oczywiście, zdjęcia żadnego nie zdołaliśmy zrobić nad czym bardzo ubolewałam, bo marzyłam o uwiecznieniu tego widoku. Na spokojnie opróżniliśmy puszki i ruszyliśmy w dalszą drogę. A przynajmniej tak myślałam, bo K. nic mi nie powiedział, a po prostu podjechał na parking z drugiej strony mostu. Tam już nie było lemoniady, nie było os, był za to aparat :D


Później zatrzymaliśmy się już tylko w jednym miejscu, tuż przed Hämeenlinną, gdzie K. odbył swoją służbę wojskową. K. bardzo dobrze wspomina tamten czas, łączy się z tym masa wspomnień, o których lubi opowiadać, a ja bardzo lubię ich słuchać :) Z jednej strony wspomnienia wciąż są tak żywe, że wydaje mu się jakby to było wczoraj, ale kiedy pomyśli, że poznaliśmy się właśnie kiedy kończył swoją służbę wrażenie jest wręcz odwrotne ;) 
Posąg (mającego wyglądać walecznie, ale chyba nie wyszło) lwa (jeden z symboli narodowych Finlandii) w miejscu, z którego 29.07.1863 Wielki Książę Finlandii Aleksander II oglądał fińską armię. Teraz jednostki wojskowe mają na tym polu różne ćwiczenia.
Po tym krótkim postoju pojechaliśmy już prosto do domu rodzinnego mojego Skarba. A o tym, co działo się w Hämeenlinnie napiszę już następnym razem. Nic się nie bójcie, podejrzewam, że to będzie już ostatnia część ;) Gratuluję tym, którzy doczytali do końca i do zobaczenia już wkrótce!