niedziela, 31 sierpnia 2014

Poweselne wspomnienia

Ostatnio wspomniałam o ślubie mojej przyjaciółki. Ceremonia miała miejsce wczoraj i było... Ech, było po prostu wspaniale! Ale żeby powiedzieć coś więcej i żeby to "coś więcej" miało mniejszy lub większy sens, muszę zacząć od samego początku. 
Z A. (wczorajszą Panną Młodą) i K. poznałyśmy się w liceum, tam też się zaprzyjaźniłyśmy. Mimo, że każda z nas jest inna, trzymałyśmy się razem i, co więcej, WYtrzymywałyśmy ze sobą :) Po liceum zaczęłyśmy studia w jednym mieście, nawet na tej samej uczelni. Przez pewien czas nawet mieszkałyśmy razem. Z biegiem czasu i z natłokiem zajęć, kontakt momentami się zacieśniał, jak i rozluźniał. Wszystkie trzy poznałyśmy na swoich kierunkach innych znajomych, jednak zawsze starałyśmy się trzymać w trójkę. A. poznała M, swojego przyszłego męża, kiedy jeszcze byłyśmy w LO, natomiast ja i K. na swoich ukochanych musiałyśmy jeszcze trochę poczekać.
Dobra, przeskok czasowy do wczorajszego dnia. Umówiłyśmy się z K. i jej narzeczonym (tak, co prawda na ukochanych musiałyśmy poczekać, ale K. sama już niedługo bierze ślub) przed kościołem, żeby było nam raźniej wejść do kościoła i przeżyć ceremonię razem. Wiedziałyśmy też, że A. i M. zadbali o to, żebyśmy na przyjęciu siedziały obok siebie, więc wolałyśmy już wcześniej odnaleźć się w tłumie gości. I tutaj zaskoczenie - już 10 minut przed planowanym rozpoczęciem, "Młodzi" byli w kościele. Do tej pory nie wiemy, czemu tak się stało. Przypuszczam, że mały pośpiech zafundował kolejny ślub, który miał się odbyć już godzinę po ślubie A&M. W każdym razie, kiedy weszliśmy A&M byli już przed ołtarzem i za chwilę rozpoczęła się Msza Św. Ach, co to był za ślub! A. w swojej 'princessce' naprawdę wyglądała jak księżniczka, M. też prezentował się bardzo bardzo, no ale czego w końcu można się spodziewać - młodzi, zdolni, na dodatek zawsze oboje piękni, w takim dniu po prostu nie mogło być inaczej! M. odrobinę wzruszył się podczas przysięgi, co było naprawdę urocze i nadało też prawdziwość jego słowom. Czuć było, że wiedzą o czym mówią.
A samo wesele? No cóż, piękne miejsce, dobre jedzenie, świetny zespół, mili ludzie, bardzo cieszyłam się, że mogłam być w tym dniu przy nich, ale ciągle coś kuło w serduchu. Tęsknota za moim Skarbem. I świadomość, że nawet tak piękne chwile sporo tracą kiedy jego nie ma przy mnie.
Na koniec fragment wspólnego zdjęcia z K. Fragment, bo z wszystkich ludzi, których znam, o istnieniu bloga wie tylko mój Skarb, a nie chcę publikować zdjęcia z K. bez jej zgody ;)

Jak widać, założyłam obcasy, jednak postanowiłam uszanować coraz bardziej protestujące ścięgno (tak, to jeszcze pamiątka z wyprawy na Babią) i po pewnym czasie założyłam balerinki :)

piątek, 29 sierpnia 2014

Przymusowy chill out, czyli kiedy "wolne" średnio cieszy

Siedzę na balkonie, łapię promienie słoneczne i staram się odstresować. Kolejny uczeń w tym tygodniu odwołał lekcję. I tak z 5ciu zajęć zrobiło się okrągłe 0. "Kolega zza granicy przyjechał, zostaje do niedzieli i nie dam rady przyjechać na lekcję". Oj, ktoś się rozleniwił przez mój wyjazd do Finlandii. A ja się głupia łudziłam, że po przerwie moi uczniowie wrócą na lekcje obkuci, z podwójnym zapałem. Jasne.
No ale dobrze, o koledze zza granicy trochę późno się dowiedziałam, ale jeszcze uda mi się spożytkować dzisiejszy dzień. Pogoda zachęca do spacerów z aparatem, poczytam, pouczę się czegoś, zrobię plan na najbliższy tydzień, zrobię drobne porządki, może napiszę relację z podróży do Finlandii, coś konstruktywnego zawsze się znajdzie :) O! Paznokcie sobie pomaluję, w końcu jutro ślub! Na szczęście nie mój, tylko przyjaciółki, ale stres trochę mi się udzielił i już dziś śniło mi się, że piekłam ciasta na wesele... A co do przepadających lekcji... Zawsze mam więcej czasu na obmyślenie planu przykręcenia komuś śrubki. Bo w kolegów zza granicy na kilka godzin przed lekcją przestałam wierzyć po 3cim takim zagraniu ;)

środa, 27 sierpnia 2014

I moja kariera aktorska legła w gruzach

A zapowiadało się tak dobrze... Przypadkiem trafiłam na ogłoszenie, że w okolicy będzie kręcony film i ekipa poszukuje statystów. Wymagany wiek się zgadzał, więc wczoraj z nudów stwierdziłam - a co mi tam, nie mam nic do stracenia, wyślę im swoje zdjęcia i najwyżej ktoś się pośmieje. Chciałabym zobaczyć swoją minę, kiedy dziś po południu sprawdziłam maila i zobaczyłam odpowiedź. Ba, ZAPROSZENIE na plan filmowy. I co? I muszę zrezygnować, bo zdjęcia będą realizowane w piątek od wieczora do wczesnych godzin porannych w sobotę. A akurat w tę sobotę moja przyjaciółka ma ślub i nie może mnie tam zabraknąć. Masz Ci los, a już czułam pod stopami czerwone dywany Hollywood :( A tak serio, trochę szkoda, bo zawsze mnie ciekawiło powstawanie tego typu produkcji. Może kiedyś jeszcze będzie szansa, teraz wracam do moich książek i fińskiego :)

wtorek, 26 sierpnia 2014

Chmury w sercu

Przede mną paruje kubek z gorącą herbatą i domowej roboty miodkiem z mniszka lekarskiego, na zewnątrz deszcz bębni w szyby, obok tyka zegar. Jest już trochę lepiej, rano pojechałam do kuzynki zająć się jej trzema córeczkami. To była dobra decyzja, w końcu przestałam się mazać, skupiłam na dzieciach i... poczułam, że żyję. 
No, prawie.
Z totalnego załamania i płaczu przeszłam w drugą fazę - otępienia. Przy dziewczynkach było ok, ale kiedy wróciłam do domu, wszystko stało się zupełnie obojętne. Popołudnie spędziłam czytając artykuły o zdrowiu i dermatologii. Posprzątałam trochę na komputerze i zaczęłam powtarzać fiński. Będąc w Finlandii i mając możliwość osłuchania i 'opatrzenia' się z tym językiem, poczułam jeszcze większą motywację do nauki. I jakoś zrobiło mi się lżej, kiedy otworzyłam zeszyty z lekcjami. Nadal jest mi smutno i jestem trochę przytłoczona, ale powoli, powoli moje niebo przestaje być takie zachmurzone.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Depresji ciąg dalszy

Płaczę.
Poszłam wieczorem do łóżka z płaczem.
Rano otworzyłam oczy i zaczęłam płakać. W ogóle nie miałam siły wstać, chciałam zamknąć oczy i z powrotem zasnąć. Przebrnąć przez największą fazę smutku. Kiedy w końcu wstałam, kręciło mi się w głowie. Myślałam, że opanowałam łzy, ale nawet kiedy otworzyłam lodówkę, żeby wmusić w siebie śniadanie i zobaczyłam jego ulubione dżemy - znowu się rozkleiłam. I tak cały dzień, gdzie nie spojrzę - widzę go, słyszę jego głos i przypominają mi się fragmenty rozmów. I znowu łzy.
Czasami zastanawiam się czy jestem normalna.
Przecież nikt nie umarł, on tylko pojechał do siebie. Nie będziemy widzieć się przez najbliższe kilka miesięcy, ale on żyje, kocha mnie, a ja jego. To jednak nie zmienia faktu, że czuję się jakby ktoś wypuścił ze mnie całą radość. Wszystko mnie boli. Dziś jakoś szczególnie mnie to dotyka, bo mija 1,5 roku odkąd jesteśmy razem. Tęsknota tak bardzo boli.

niedziela, 24 sierpnia 2014

Skąd czerpać siłę?

I stało się. K. właśnie leci do Finlandii, ja jestem w domu i nie potrafię sobie znaleźć miejsca. Pierwszy płacz nastąpił jakieś 24 godziny przed odlotem. Dziś było jeszcze gorzej, jak tylko na niego spojrzałam, łzy od razu cisnęły mi się do oczu. Miłość na odległość to piękna, ale jednocześnie bardzo bolesna rzecz. Kiedyś dobra koleżanka zapytała mnie jak my sobie z tym wszystkim radzimy - kurczę, to tylko pozory, nie radzimy sobie! Lotniska lubię tylko wtedy kiedy wiem, że jadę tam PO niego, a nie żeby go odwieźć. Wtedy jest dramat. Dosłownie. Nienawidzę tego uczucia ściskania w gardle, jakby coś mnie dusiło, nienawidzę pieczenia oczu zmęczonych od słonych łez, nierównego oddechu, nawet ludzi na lotnisku podekscytowanych podróżą, informacji o locie na tablicy, taśmy zabierającej jego walizkę, bramek przez które przechodzi i zza których mi macha, a ja wiem, że za chwilę zniknie za ścianą i następny raz kiedy będę mogła się w niego wtulić nastąpi dopiero za kilka miesięcy. Nienawidzę tego kłucia w sercu kiedy wracam z lotniska samochodem i chcę krzyczeć, żeby zawracać. I nienawidzę siebie, że nie potrafię zapanować nad tym wszystkim i swoimi łzami. Bo z drugiej strony wiem, że to wszystko to tylko tymczasowe rozwiązanie, że pewnego pięknego dnia zamieszkamy razem i nie będziemy musieli rozstawać się na tak długi czas, że naprawdę się kochamy i ta miłość każdego dnia jest silniejsza. Więc dlaczego ja jestem tak słaba kiedy trzeba się rozstać na lotnisku? Szczerze mówiąc, kiedy zaczęliśmy być razem, trochę naiwnie wierzyłam, że z czasem będzie lepiej, że pożegnania na lotnisku będą bez łez, że będziemy bardziej pewni siebie i jutra. Bzdura. Po 1,5 roku ze smutkiem stwierdzam, że jest wręcz odwrotnie - z czasem pożegnania rozdzierają serce z jeszcze większym trzaskiem. Im miłość silniejsza, im lepiej się znamy, tym bardziej przytłaczające stają się pożegnania. To takie ciekawe zjawisko, gdzie uczucie, które jednocześnie daje tyle siły, potrafi w pewnym momencie tak bardzo osłabić.

sobota, 23 sierpnia 2014

Ta ostatnia niedziela...

Jutro Skarb wyjeżdża. Staram się trzymać i nie płakać. Staram się. Nie wiem co będzie wieczorem na lotnisku, nie wiem. Przez ponad 3 tygodnie byliśmy ze sobą praktycznie 24 godz./dobę. Teraz znowu przez kilka miesięcy będą musiały nam wystarczyć rozmowy na Skype. Nobody said it was easy. Nobody said it WOULD BE easy.

Łatwo nie będzie, ale damy radę. Nie pierwszy i nie ostatni raz.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Poszła baba na Babią...

... i nadwyrężyła sobie ścięgna zanim zdążyła wejść na szczyt.
Ścięgno?
Mniejsza z tym, ważne, że w prawej nodze. I bolało jak jasny gwint. Dziś już drugi dzień siedzimy ze Skarbem w domu, bo nie chcę ryzykować i nadwyrężać nogi jeszcze bardziej. On też jeszcze regeneruje siły po wyprawie, bo w Finlandii takich gór nie ma i to było jego pierwsze drapanie się na szczyt. Jakiś szczególnych wyrzutów sumienia dot. naszego leniuchowania nie mamy, bo ciągle pada, a poza tym dobrze jest czasem przystopować i po prostu ze sobą pobyć. Tym sposobem stopujemy, on czyta fińskie opowiadania detektywistyczne, ja stukam w klawiaturę, a od czasu do czasu wymieniamy uwagi odnośnie świata i życia. Tylko kot czasem protestuje i wskakuje na kolana. 
Dobrze nam razem.
A Babia Góra? Jak to Babia, pokazała na co ją stać. Na początku pogoda wydawała się wymarzona na wycieczkę górską, nie za gorąco, słońce i lekki wiatr. Niestety, w połowie drogi na pierwszy szczyt zobaczyliśmy nadciągające chmury. Potem delikatny deszczyk. Na Diablaku lało jak z cebra, a schodząc z góry zostaliśmy zbici przez delikatny grad.
Widoki były jednak przepiękne, nieważne jak wysoko byliśmy.
I nieważne, że jakoś przed Gówniakiem poczułam irytujący ból w prawej nodze, a potem było już tylko gorzej. Ból już zaczyna przechodzić, Skarb zobaczył góry, zaliczyliśmy wypad na Babią, który planowaliśmy od mniej-więcej 1,5 roku, a to, że przy okazji byliśmy przemoczeni do suchej nitki? Zahartowaliśmy się. I przekonaliśmy się, że potrafimy się wspierać także w trudnych sytuacjach, kiedy jest zimo, mokro, źle, niewygodnie, niebezpiecznie, a my nadal jesteśmy jednym teamem.

niedziela, 17 sierpnia 2014

Z doskoku

Żyję, żyję! Dłuuugo mnie tu nie było, zaglądałam sporadycznie jak tylko czas pozwolił, tęskniłam za pisaniem tutaj, ale na dłuższą relację z wakacji trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. Jesteśmy już ze Skarbem w Polsce, czas w Finlandii pędził jak szalony, zresztą teraz też jakoś nie chce zwolnić. Loty samolotem minęły mi bardzo przyjemnie, odprawy na lotnisku - czyli to, czego obawiałam się najbardziej - poszły błyskawicznie i bezproblemowo. To był mój pierwszy lot w ogóle, więc denerwowałam się odprawą bagażu i kontrolą osobistą - i chyba tylko tymi dwiema rzeczami, bo kiedy już przeszłam ten etap, cały stres odszedł w niepamięć, a pozostało przyjemne podekscytowanie podróżą i spotkaniem z moim mężczyzną. Najpiękniejszym człowiekiem jakiego dane mi było poznać. Dlatego też teraz znikam, czas korzystać z ostatniego tygodnia zanim znowu będziemy zmuszeni żyć na odległość.