Żyję, żyję! Dłuuugo mnie tu nie było, zaglądałam sporadycznie jak tylko czas pozwolił, tęskniłam za pisaniem tutaj, ale na dłuższą relację z wakacji trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. Jesteśmy już ze Skarbem w Polsce, czas w Finlandii pędził jak szalony, zresztą teraz też jakoś nie chce zwolnić. Loty samolotem minęły mi bardzo przyjemnie, odprawy na lotnisku - czyli to, czego obawiałam się najbardziej - poszły błyskawicznie i bezproblemowo. To był mój pierwszy lot w ogóle, więc denerwowałam się odprawą bagażu i kontrolą osobistą - i chyba tylko tymi dwiema rzeczami, bo kiedy już przeszłam ten etap, cały stres odszedł w niepamięć, a pozostało przyjemne podekscytowanie podróżą i spotkaniem z moim mężczyzną. Najpiękniejszym człowiekiem jakiego dane mi było poznać. Dlatego też teraz znikam, czas korzystać z ostatniego tygodnia zanim znowu będziemy zmuszeni żyć na odległość.
Uff! Ostatni post na blogu pojawił się 30go kwietnia. Ci, którzy uważnie czytają bloga wiedzą, że właśnie kończę ostatni semestr studiów magisterskich i, mimo że zajęć mam już niewiele, łatwo przypuszczać, że pisanie pracy pochłonęło mnie całkowicie. Promotor trafił mi się niemożliwie wymagający, nawet przypisy mają mieć dopieszczony każdy przecinek i kropkę. Ale to dobrze, nie narzekam. Wychodzę z założenia, że lepiej trafić na Promotora Perfekcjonistę, któremu zależy na jakości pracy, a nie Promotora Olewacza, z którym cokolwiek ciężko ustalić, łącznie z terminem obrony. Mimo wszystko, po drodze dopadło mnie kilka kryzysów, z czego najpoważniejszy pojawił się na przełomie kwietnia i maja, kiedy myślałam, że naprawdę nie wyrobię się czasowo i obronę będę musiała przesunąć na wrzesień. A to dlatego, że wg ustaleń promotor chciał od nas 14 stron co dwa tygodnie, co niestety nijak przekładało się na mój dosyć obszerny temat i w rezultacie nawet wysyłając mu oczekiwaną liczbę stron kilka...
Komentarze
Prześlij komentarz