niedziela, 24 kwietnia 2016

PAESE | Puder ryżowy

Dzisiejsza recenzja nie powinna być niespodzianką dla tych, którzy śledzą profil bloga na Facebooku, ponieważ została tam zapowiedziana już kilka dni temu. Słowa dotrzymałam i pod lupę biorę puder ryżowy marki PAESE. Co to takiego i jak się u mnie sprawdził? Czytajcie a się dowiecie :)











Informacje ogólne:


Jak widać na załączonym zdjęciu, puder znajduje się w plastikowym słoiczku. Po odkręceniu czarnej pokrywki zobaczymy gąbeczkę do aplikacji pudru, a pod nią bezbarwną plastikową osłonkę zabezpieczającą.

Osłonka dodatkowo zaklejona jest przeźroczystą taśmą, którą oczywiście należy zerwać żeby dostać się do produktu ;) Cały słoiczek zapakowany jest w kartonik, na którym znajdziemy wszystkie potrzebne informacje.


Co obiecuje producent?



Skład:


Jak puder sprawdził się u mnie?
Zacznę może od tego, że nigdy jakoś szczególnie nie interesowałam się swoim wyglądem. Jeden podkład, tusz do rzęs, od święta cienie do powiek, oczywiście w naturalnych beżach i brązach, a w zależności od humoru eyeliner. Do tego zestawu pomadki ochronne i/lub kolorowe, jak najbardziej zbliżone barwą do naturalnego koloru. W sumie kolorówka nie zmieniła się do tej pory, nadal preferuję naturalny look, od czasu do czasu dodam tylko nowość w mojej kosmetyczce: róż ;) I szminkę mam jedną czerwoną, kupioną jakiś czas temu w przypływie nagłej ochoty zmiany image'u, ale gdy przychodzi co do czego to zawsze jakoś zabraknie mi odwagi ;) 
Aż do końca liceum na twarz nakładałam fluid, niestety rzadko kiedy odpowiednio dobrany kolorystycznie, ale kto na to wtedy zwracał uwagę? Na to "ciapałam" puder w kamieniu, żeby jakoś zmatowić buźkę, która i tak wiecznie się świeciła. Koszmarek, prawda?
W czasie studiów zaczęłam przywiązywać większą wagę do kolorów podkładów (haha), co w moim przypadku było proste, bo poszukiwania opierały się na znalezieniu jak najjaśniejszego odcienia. Taka trochę córka młynarza ze mnie.
OK, kolor był dobrany, i cóż z tego, skoro buźka za nic nie chciała dać się zmatowić? Myślę, że punktem kulminacyjnym, w którym straciłam cierpliwość i postanowiłam znaleźć sposób na ten problem, były zakupy świąteczne z bratem. Buszowaliśmy po sklepach w centrum handlowym, po kilku godzinach weszliśmy do empiku, wtedy on spojrzał na mnie dziwnie i powiedział: "Wiesz, że twarz świeci Ci się jak bombka na choinkę? Weź coś z tym zrób." Ajajaj, milutko. Z problemu zdawałam sobie sprawę bardzo dobrze, domyślam się, że znajomi także o tym wiedzieli, ale nikt o tym nie mówił. I to było to. W końcu ktoś w twarz, za przeproszeniem, walnął to co od dawna siedziało w głowie. I zaczęłam działać. Oczywiście, nie od razu w empiku, ale w domu, na spokojnie. Wujek Google poszedł w ruch, tak znalazłam wizaż, blogi i w rezultacie trafiłam na mało znaną firmę, której nazwę nie wiedziałam jak wymówić. Dowiedziałam się o istnieniu czegoś takiego jak puder transparentny(!) i to mnie zaciekawiło. Ale, ale, cena trochę mnie zaskoczyła i, chcąc uniknąć kolejnego kosmetycznego rozczarowania i przepuszczenia pieniędzy na coś, co okaże się bublem, postanowiłam pierwsze produkt przetestować.
Tym sposobem pewnego popołudnia, po zajęciach, ze świecącą mordką, trafiłam na stoisko kosmetyków PAESE w Galerii Krakowskiej i porozmawiałam z panią o pudrze. Nie ukrywam, że jako osoba zdesperowana, na dodatek słabo orientująca się w temacie makijażu, bałam się zaaplikować na twarzyczkę biały proszek, przy którym strach oddychać, żeby przypadkiem go nie zdmuchnąć. Ewentualnie wciągnąć ;) Po krótkiej, acz treściwej rozmowie, pani posadziła mnie na krzesełku i na tą moją świecącą bombkę zaaplikowała pędzelkiem biały proszek zwany pudrem ryżowym. Co zobaczyłam w lustrze? Efekt w lustrze baaardzo przypadł mi do gustu, twarz była idealnie zmatowiona, o dziwo - NIE BIAŁA - i człowiek od razu inaczej zaczął wyglądać :) Bomba! Ale, ale! Wiadomo, że tuż po zrobieniu makijażu każdy wygląda dobrze. Powiedziałam, że pudru jeszcze nie kupię, ale zobaczę ile wytrzyma na twarzy i z jakim efektem, a jak zadziała to z panią się zobaczymy, bo z pewnością wrócę po opakowanie. Jak powiedziałam, tak zrobiłam. Było naprawdę gorące popołudnie, jak już wspomniałam byłam zmęczona po zajęciach, a tu czekała mnie prawie dwugodzinna jazda do domu w saunie na kółkach zwanej busem. TO była próba dla pudru.
Po wejściu do domu od razu pobiegłam do lustra i... przeżyłam lekki szok, bo buzia wyglądała fantastycznie! Dobrze zmatowiona, bez nienaturalnego efektu maski - to było to! Przy pierwszej nadarzającej się okazji nabyłam całe opakowanie.
I w zasadzie to pierwsze wrażenie mogłoby posłużyć za całkowitą recenzję tego pudru ryżowego w zakresie jego działania. Teraz, po kilku latach, nadal mogę mówić, że puder świetnie spełnia swoją rolę nawet w ciężkich przypadkach ;) Jakiś czas temu byłam na weselu i spotkałam się z dawno niewidzianą przyjaciółką. Wiecie jak jest na weselach - lato, tańce, jedzenie i picie - to wszystko w połączeniu funduje niezły test dla kosmetyków matujących. Po kilku godzinach zaczęłyśmy rozmawiać o kosmetykach i przyjaciółka powiedziała, że zauważyła, że twarz przestała mi się świecić. A wcześniej w ogóle nie wspominałam jej o pudru ryżowym. To chyba najlepsza rekomendacja ;)
Jest jednak kilka minusów, o których muszę wspomnieć. Nie chodzi tu absolutnie o działanie, które wypada świetnie, ale o opakowanie. Jak wspomniałam, do pudru dołączona jest gąbeczka służąca do aplikacji. Jako osoba z bardzo wrażliwą cerą wszelkie gadżety, którymi nakładam produkty do twarzy myję praktycznie po każdym użyciu. I tu zonk - chcąc wyprać gąbeczkę, ta całkiem się zniszczyła - z jednej strony ma podklejony skóropodobny materiał z uchwytem ułatwiającym jej chwycenie i właśnie tutaj się rozkleiła. Mało tego, za nic nie mogłam pozbyć się kleju, którym cała gąbeczka się umaziała. Niefajnie. Tym sposobem puder aplikuję pędzlem, ale w sytuacjach podbramkowych, kiedy gdzieś wychodzę i wiem, że pędzla nie zabiorę ze sobą, w opakowaniu zawsze mam gąbeczkę z Rossmanna. Chociaż teraz nie wiem czy gąbeczka to prawidłowe określenie, bo to jest zrobione z mięciutkiego materiału jak pluszak, pakowane jest podwójnie, gdzie jedna "gąbeczka" jest kremowa, a druga bladoróżowa. Teraz już chyba wiecie ;) Takie coś idealnie mieściło się w opakowaniu i dodatkowo w transporcie chroniło puder przed wysypywaniem się przez dziurki. A właśnie, dziurki. Niektórzy narzekają, że są dosyć spore, dla mnie jakiegoś wielkiego problemu nie stanowiły, aczkolwiek trzeba było uważać. Tutaj jednak sprawa nieaktualna, bo jak zauważyłam, producent zmienił opakowanie i widzę, że dziurki są sporo mniejsze. To na plus. Kolejnym plusem zmiany opakowania jest zakrętka, która wydaje się mocniej trzymać słoiczka. Stare opakowanie zawsze gdzieś upychałam i blokowałam, żeby przypadkiem w razie wstrząsów się nie odkręciło. Teraz już nie będę się obawiać, że po otworzeniu torba będzie zasypana w środku "mąką". Poniżej załączam zdjęcia starego i nowego opakowania. Stare opakowanie ma zaokrąglony słoiczek i wypukłą zakrętkę, nowe ma proste ścianki i zakrętkę.


Zestawienie osłonek - po lewej nowe opakowanie, po prawej stare z widocznie większymi dziurkami.
Uważam, że zmiany wyszły na plus i to dobrze, że są firmy, które odpowiadają na zastrzeżenia konsumentów :)

Podsumowując:
Opakowanie: 4/5 (punkt odejmuję za nieszczęsną gąbeczkę)
Zapach: 5/5
Konsystencja: 5/5 (cóż tu oceniać, puder sypki, więc nie ma niespodzianek ;)
Wydajność: 6/5! (jedno opakowanie wystarcza mi na ok. ROK)
Działanie: 5/5
Dostępność: 4/5 (jeszcze kilka lat temu byłoby dużo mniej, ale widzę, że stoiska i szafy PAESE można znaleźć coraz częściej, oby tak dalej!)
Cena: ok. 40zł/15g

Polecam ten puder ryżowy każdej osobie zmagającej się z problemem błyszczenia twarzy, a szczególnie tym, którzy dodatkowo mają cerę wrażliwą. Tych bardziej oszczędnych cena może trochę zaskoczyć, ale często puder jest na promocji i można go kupić za ok. 30 zł. Warto wspomnieć, że do końca kwietnia w Drogerii Kosmyk trwa promocja na pudry PAESE (oprócz ryżowego jest jeszcze bambusowy, którego jeszcze nie testowałam) i można je kupić za 28,99zł, sama skorzystałam z tej promocji :)
A Wy, znacie firmę PAESE? Jakie produkty tej firmy polecacie? 
Jakie są Wasze sposoby na błyszczącą twarz?

Zachęcam Was do śledzenia mojego profilu na:
Pozdrawiam i do następnego postu! :)

PS. Na koniec mam do Was ogromną prośbę. Biorę udział w konkursie Dove organizowanym na wizaz.pl i potrzebuję Waszych głosów. Wystarczy kliknąć w poniższy banner, zaznaczyć, że nie jest się robotem i kliknąć 'TAK' :) Za każdy głos bardzo dziękuję!