niedziela, 10 kwietnia 2016

Troski i smutki

Już, już było tak pięknie i słonecznie, aż tu nagle znowu zawitała plucha. Takie już chyba moje szczęście, że kiedy mam siedzieć na du... tyłku i pisać pracę, słońce przyjemnie przygrzewa, a ptaki zachęcają swoim świergotem do długich spacerów. Natomiast kiedy mam wyjść na zajęcia, wszystko zmienia się o 180° i do instytutu muszę przedzierać się przez ścianę deszczu. Mimo wszystko już teraz wiem, że kiedy moje studia dobiegną końca, jeszcze nie raz zatęsknię za tym stukaniem w klawiaturę w moim klaustrofobicznym pokoiku w mieszkaniu studenckim. Ostatnio to właśnie pisanie magisterki zajmuje mi całe dnie, do tego na zmianę towarzyszą mi momenty albo totalnego załamania, albo zaskakującej pewności siebie i wręcz euforii, że tak szybko to idzie. Promotor ciśnie, zarzuca deadline'ami, a mi dodatkowej motywacji nie trzeba - wystarczy wizja przeprowadzki do K. w niedługim czasie po obronie. 
Boję się nadchodzących miesięcy. Dni uciekają jak szalone, obowiązki i sprawy do załatwiania mnożą się jak, za przeproszeniem, króliki, a skoro już o tych miluśkich futrzakach mowa, niektóre problemy także wyskakują znienacka jak króliki z kapelusza. Czasami naprawdę zaczynam bać się nawet swoich myśli, bo oprócz naturalnych obaw związanych z końcem studiów, przeprowadzką do innego kraju i zamieszkaniem ze swoim chłopakiem, często zdarza się, że pół nocy nie mogę spać, bo nawiedzają mnie wizje wybuchowych oszołomów w chustach na lotnisku, uprowadzonego samolotu i katastrofy lotniczej. Najczęściej wszystkie trzy składniki w jednej wizji. Domyślam się, że mózg wysyła mi takie informacje w świetle obecnej, niepewnej sytuacji pokoju w Europie, a także z okazji zbliżających się Światowych Dni Młodzieży w Krakowie, które nałożą się z moją krótką wyprowadzką z Krakowa do domu rodzinnego, przylotem K. do Polski i naszym późniejszym , wspólnym wylotem do Finlandii. Naprawdę, kiedy parę lat temu ustalaliśmy gdzie będziemy mieszkać czy jak i kiedy wszystko zorganizujemy, nawet nie przypuszczałam, że gdy "nadejdzie czas" będą towarzyszyły mi obawy o ewentualny atak terrorystyczny.
Wiem, że to też nienormalne i śmieszne, ale od początku naszego związku towarzyszy mi jakiś surrealistyczny strach, że to jest za piękne, żeby było prawdziwe i mamy mało czasu na to wspólne życie. Chore, wiem. Ciągle mam nadzieję, że ten irracjonalny strach minie. Podobnie jak napięcie, w którym żyję od dłuższego czasu. Powtarzam sobie, że te wszystkie obawy są bez sensu i niczego nie wniosą do mojego życia, a tylko pogorszą nastrój. Na szczęście jest K. który zawsze znajdzie sposób, żeby mnie udobruchać.
No dobrze, dosyć tego biadolenia i rozsiewania czarnych wizji. Tak naprawdę jedyne, co muszę teraz zrobić to skupić się na własnej robocie i wycisnąć z siebie ile się da jeszcze przez te kilka najbliższych miesięcy. Z pracą jestem niemalże na półmetku, powoli i spokojnie przyswajam coraz więcej słówek z fińskiego, semestr jest w miarę luźny, więc mogę skupić się na tym, co najważniejsze: praca, korepetycje i fiński. Z tym ostatnim czasem idzie jak po grudzie i miewam chwile zwątpienia, ale za to nikt nie odbierze mi tej satysfakcji, kiedy wchodzę na YLE Uutiset, wybieram opcję Easy Finnish i coraz więcej rozumiem z czytanych i słuchanych informacji. I choćby nie wiem jak powoli mi to szło, o ile idzie do przodu, zawsze będzie lepiej. I tego się trzymam :) Tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejsze rozmyślania i pędzę czytać książki o brytyjskich monarchach ;) Trzymajcie się ciepło mimo niepogody!