czwartek, 21 sierpnia 2014

Poszła baba na Babią...

... i nadwyrężyła sobie ścięgna zanim zdążyła wejść na szczyt.
Ścięgno?
Mniejsza z tym, ważne, że w prawej nodze. I bolało jak jasny gwint. Dziś już drugi dzień siedzimy ze Skarbem w domu, bo nie chcę ryzykować i nadwyrężać nogi jeszcze bardziej. On też jeszcze regeneruje siły po wyprawie, bo w Finlandii takich gór nie ma i to było jego pierwsze drapanie się na szczyt. Jakiś szczególnych wyrzutów sumienia dot. naszego leniuchowania nie mamy, bo ciągle pada, a poza tym dobrze jest czasem przystopować i po prostu ze sobą pobyć. Tym sposobem stopujemy, on czyta fińskie opowiadania detektywistyczne, ja stukam w klawiaturę, a od czasu do czasu wymieniamy uwagi odnośnie świata i życia. Tylko kot czasem protestuje i wskakuje na kolana. 
Dobrze nam razem.
A Babia Góra? Jak to Babia, pokazała na co ją stać. Na początku pogoda wydawała się wymarzona na wycieczkę górską, nie za gorąco, słońce i lekki wiatr. Niestety, w połowie drogi na pierwszy szczyt zobaczyliśmy nadciągające chmury. Potem delikatny deszczyk. Na Diablaku lało jak z cebra, a schodząc z góry zostaliśmy zbici przez delikatny grad.
Widoki były jednak przepiękne, nieważne jak wysoko byliśmy.
I nieważne, że jakoś przed Gówniakiem poczułam irytujący ból w prawej nodze, a potem było już tylko gorzej. Ból już zaczyna przechodzić, Skarb zobaczył góry, zaliczyliśmy wypad na Babią, który planowaliśmy od mniej-więcej 1,5 roku, a to, że przy okazji byliśmy przemoczeni do suchej nitki? Zahartowaliśmy się. I przekonaliśmy się, że potrafimy się wspierać także w trudnych sytuacjach, kiedy jest zimo, mokro, źle, niewygodnie, niebezpiecznie, a my nadal jesteśmy jednym teamem.