środa, 10 września 2014

Podróż do Finlandii | part IV - podsumowanie

Dzisiaj zanosi się na podsumowanie relacji z sierpniowego wyjazdu do kraju mojego Skarba. Jednak zanim to nastąpi, mam jeszcze do opisania nasz pobyt w Hämeenlinnie. W sobotę po południu wyjechaliśmy z Tampere, jednak ze względu na kilka postojów po drodze, do Hämeenlinny dotarliśmy dopiero ok. 20. Akurat tego dnia krewni Skarba z Helsinek przyjechali do jego rodziców ze względu na urodziny jego mamy, które były kilka dni wcześniej. Podobno bardzo chcieli się też z nami zobaczyć, ale przyjechaliśmy późno i już się z nimi minęliśmy. Trochę żałowaliśmy, ale kiedy później byliśmy w Polsce, zadzwoniliśmy do nich na Skype i chwilę rozmawialiśmy, więc nic straconego - tak czy siak nas zobaczyli ;) 
Kiedy podjechaliśmy pod dom, mama Skarba siedziała w ogrodzie, a koło niej kręcił się miniaturowy czarny niedźwiadek, czyli pies K. rasy Lapinkoira (pies lapoński). Psy lapońskie są średniej wielkości, mają długie i niesamowicie grube futro (w końcu pochodzą w Laponii, a muszą jakoś przetrwać srogą zimę) i generalnie wyglądają jak miniaturki niedźwiadków właśnie. Tylko że są o wiele milsze ;) Przywitaliśmy się z mamą i za chwilę z domu wyszedł ojczym Skarba, którego wcześniej jeszcze nie poznałam. Podobnie jak mama K, okazał się bardzo miłym człowiekiem i cały mój stres momentalnie odszedł w zapomnienie. Zanieśliśmy walizki do naszego pokoju i poszliśmy posiedzieć z rodzicami. W międzyczasie daliśmy im album-przewodnik po Polsce, z którego chyba bardzo się ucieszyli ;) Ja też się ucieszyłam, bo książka ważyła 2kg i zrobiło się sporo miejsca w walizce jak ją wyciągnęłam ;D Z rodzicami przesiedzieliśmy w ogrodzie do 1 w nocy, pijąc wino i rozmawiając. Tak dobrze czułam się między nimi, że nawet nie czułam upływającego czasu. OK, muszę przyznać, że była jedna, wręcz dramatyczna sytuacja. Było już całkiem ciemno, paliła się tylko jedna świeca, kiedy ojczym K. zapytał czy chcę ser. Powiedział nazwę, której nie znałam i która i tak nic by mi nie powiedziała, a że jadąc do Finlandii obiecałam się otwierać na nowe smaki - wzięłam kawałek sera, przekroiłam go jeszcze na pół i taką połówkę włożyłam sobie do ust. Ch.olera jasna. To był ser pleśniowy. O naprawdę bardzo mocnym smaku. W tym miejscu muszę powiedzieć, że w swoim życiu miałam już kilka podejść do serów pleśniowych i naprawdę chciałam się do nich przekonać - nie mogę. Za każdym razem nawet maleńki kawałeczek wydaje się rosnąć w buzi do monstrualnych rozmiarów, w gardle pojawia się gula (przypuszczam, że mój żołądek w takiej chwili ma dar błyskawicznego przemieszczania się), a do oczu napływają łzy. Tak też było tym razem, przeklinając się w duchu, że nie dopytałam (albo nawet nie przyjrzałam się) co to, rozpaczliwie zaczęłam szukać ratunku. W tym momencie zobaczyłam na stole swoją lampkę wina. Wiedziałam, że jak szybko czegoś nie zrobię, to nigdy nie przełknę tego sera, więc czym prędzej wzięłam duży łyk wina i jakoś udało mi się przepchać ser przez gardło. Wszystko to trwało kilka sekund i nawet nie wiem, czy Skarb to zauważył. Potem jednak to samo musiałam zrobić z drugą połówką. Tutaj już było łatwiej, bo wiedziałam czego się spodziewać :D Jak tylko poradziłam sobie z serem, z kuchni wróciła mama K. i przyniosła skrojone owoce. Tym razem to do niej padło pytanie o serek, na co fuknęła tylko, że jest zdecydowanie za mocny i ani myśli go jeść. Wtedy powiedziałam, że "nie jest taki zły z winem", a mama K. zaczęła się śmiać i powiedziała "chyba tylko jak przepijasz kawałek haustem wina". Hmm, chyba ktoś jednak mnie przejrzał :D W każdym razie, tego wieczoru jadłam już tylko owoce. "Impreza" skończyła się późno, więc potem już tylko wzięliśmy szybki prysznic i poszliśmy spać. Trochę się wzruszyłam kiedy weszłam do pokoju K. - pokoju, który do tej pory widziałam za jego plecami, kiedy rozmawialiśmy na Skype. A teraz tam stałam, otoczona jego małym światem, w miejscu, gdzie dorastał. Co ciekawe, rodzice K. zachowali jego prace z przedszkola i podstawówki. Figurka świnki, rysunki, w kuchni nawet wisi oprawiona wyklejanka, którą zrobił kiedy miał kilka lat - piękny zwyczaj, stwierdziliśmy, że my też kiedyś zachowamy pamiątki z dzieciństwa naszych dzieci :)
Następnego dnia zrobiliśmy małą rundkę po muzeach. Zwiedziliśmy dawne więzienie, które teraz funkcjonuje właśnie jako muzeum, słynny zamek w Hämeenlinnie (który pod panowaniem rosyjskim też został przerobiony na więzienie) oraz Muzeum... Artylerii Finlandii. Muzea znajdują się rzut beretem od zamku, który, swoją drogą, leży nad ogromnym jeziorem Vanajavesi i przy uroczym parku Linnanpuisto. W ogóle Hämeenlinna to takie piękne, spokojne miasto. Podobno Finowie z innych miast śmieją się, że to "żywy cmentarz", bo jest tam tak cicho i nic się nie dzieje, ale ja myślę, że właśnie ten spokój czyni Hämeenlinnę tak wyjątkowym miejscem.



Zamek jest naprawdę piękny, zaczęto go budować prawdopodobnie już w XIII w. w czasie krucjaty szwedzkiej. Budowa trwała kilka wieków i z biegiem czasu zmieniał się surowiec, który używano do budowy. Początkowo był to szary kamień, jednak z czasem został zastąpiony cegłą. Jak już wcześniej wspomniałam, kiedy Finlandia znajdowała się pod panowaniem rosyjskim, zamek "przerobiono" na więzienie, które zamknięto dopiero w 1972 r. (!). Jak można się domyślać, wiele oryginalnych form zostało zmienionych na rzecz więzienia, przez co budowla bezpowrotnie utraciła część swojej historii.
Tego samego dnia odwiedziliśmy kolejną - czwartą, ostatnią, wieżę widokową w Aulanko. Aulangon Näkötorni, bo tak się właśnie nazywa, z zewnątrz przypomina mi wieżę zamkową.
Jest to też jedyna wieża, którą odwiedziliśmy, która w ogóle nie miała windy. Poprzednio tylko na Pyynikin Näkötorni drapaliśmy się po schodach, ale tylko dlatego, że nie chciało nam się czekać na windę.
Tuż pod wieżą znajduje się taras widokowy, gdzie poprosiliśmy pewnego miłego pana o zrobienie nam zdjęcia. Już z tego tarasu widok był taki, że szczęka znowu mi opadła.

Pod wieżą, schodząc schodkami wgłąb lasu, można zobaczyć niedźwiedzią jamę. (Nie)stety, prawdziwego niedźwiedzia tam nie zobaczyliśmy ;)
Poniedziałek był naszym ostatnim dniem w Finlandii. Cały dzień spędziliśmy na mieście, zwiedzając i spacerując, a towarzyszyła nam mama Skarba :) Dzień ten w pewnym sensie przeszedł też do historii - po raz pierwszy bez problemu zwiedziliśmy kościół! Wcześniej, do jakiegokolwiek kościoła byśmy nie poszli, zawsze coś było nie tak: albo był zamknięty, albo zamykano nas w nim na klucz, albo była Msza i nie można było zwiedzać. Nawet kiedy poszliśmy do synagogi okazało się, że tego dnia była zamknięta dla zwiedzających. W Finlandii tez chcieliśmy wejść do wielu kościołów, bo Skarb bardzo chciał mi pokazać wnętrze kościoła protestanckiego. W Tampere nam się nie udało, ale postanowiliśmy spróbować w Hämeenlinnie. Udało nam się dostać do 2 z 3 zaplanowanych kościołów, co stanowi dla nas swoisty rekord :D Pierwszym był Hämeenlinnan kirkko, znajdujący się na rynku.



Jak to w kościołach protestanckich, wnętrze jest proste i skromne. Mi osobiście bardzo coś takiego odpowiada, miejsce do modlitwy powinno być jak najbardziej uproszczone, żeby człowiek mógł się skupić na tym co najważniejsze - modlitwie i żeby go przy tym nic nie rozpraszało. Niestety, mam tylko zdjęcia zrobione w środku, poniższego zdjęcia sama nie zrobiłam:
(źródło: http://www.matkailu-opas.com/hameenlinnan-kirkko.html)
Następnie poszliśmy na długi spacer po mieście.
W Finlandii 1go maja obchodzone jest tzw. Vappu. Początkowo celebrowano wtedy początek wiosny, na wsiach był to też pierwszy dzień kiedy po zimie wyprowadzano bydło na łąki. Dzisiaj 1. maja to głównie święto studentów. W całym kraju organizowane są wtedy pikniki, a w Helsinkach jest pochód studentów, który kończy się na placu senackim przy fontannie Havis Amanda. Momentem kulminacyjnym jest założenie na fontannę specjalnej białej czapki noszonej przez studentów (ylioppilas lakki). Jest to symboliczne przejęcie miasta przez studentów na jeden dzień. Studenci w Hämeenlinnie nie chcieli być gorsi i też mają swoją "Havis Amandę", którą ubierają w czapeczkę. A, jako że Hämeenlinna jest mniejsza od Helsinek - fontanna też jest skromniejsza :D Dla porównania wklejam zdjęcie helsińskiej Havis Amandy:
(źródło: http://static.panoramio.com/photos/large/16349408.jpg)
Pomnik przed biblioteką miejską
Powyżej pomnik w parku Sibeliusa, w tle szkoła, do której uczęszczał kompozytor.

Następnie pojechaliśmy zobaczyć nowo odrestaurowany stadion w Hämeenlinnie. W 1952 r. letnie igrzyska olimpijskie zostały zorganizowane w Helsinkach, ale wiadomo, że nie wszystkie dyscypliny mogły zostać przeprowadzone w stolicy. W Hämeenlinnie walczono w pięcioboju nowoczesnym. Dzisiaj, po remoncie miejsce to wygląda tak:

Po wizycie na stadionie pojechaliśmy do sąsiedniej miejscowości, Hattuli, zobaczyć Kościół Świętego Krzyża z XV w. Co ciekawe, początkowo był to kościół katolicki, ale wyznanie z czasem zostało zmienione na protestantyzm. Budynek jest zbudowany z cegły, co na czasy średniowieczne było pewnego rodzaju ewenementem. Cegła była wtedy bardzo drogim materiałem, w związku z czym wszystko budowano albo drewniane, albo z szarego kamienia. W Finlandii są tylko trzy budynki średniowieczne zbudowane z cegły, dwa z nich znajdują się w regionie Häme, są to: zamek w Hämeenlinnie i właśnie kościół Świętego Krzyża. Trzecią budowlą jest zamek w Turku.

W Hämeenlinnie pojechaliśmy do jeszcze jednego kościoła, z tych wszystkich nam najbliższego, ponieważ właśnie przy nim pochowani są dziadkowie K. Niestety, kościół był zamknięty i nie mogliśmy dostać się do środka. K. nie mógł tego przeboleć, bo bardzo chciał, żebyśmy weszli do środka. Kiedyś na pewno nam się to uda :)

Powyżej zdjęcie cmentarza "nowego typu". Za kościołem jest mała łączka, na której wysypuje się prochy zmarłego, natomiast tabliczkę z imieniem, nazwiskiem oraz datą urodzenia i śmierci przytwierdza się do kamiennego słupa. Czuję, że ten sposób pewnego dnia dotrze i do Polski.
Poniedziałek był pierwszym dniem kiedy się rozpadało. Wcześniej jednego dnia pokropiło trochę w Tampere, ale ostatniego dnia w Hämeenlinnie doczekaliśmy prawdziwej ulewy. K. z mamą śmiali się, że w końcu zobaczyłam prawdziwe fińskie lato - do tej pory było bardzo słonecznie i ciepło ;) Po południu pojechaliśmy jeszcze z mamą na obiad i wtedy zaczęło do nas docierać, że następnego dnia o tej samej porze będziemy już w Polsce.
Wtorek także przywitał nas deszczem. Wstaliśmy wcześnie, wrzuciliśmy ostatnie rzeczy do walizek i rodzice K. odwieźli nas na przystanek autobusowy, skąd mieliśmy ruszyć do Helsinek. Pożegnaliśmy się, wyściskaliśmy z mamą K. i... aż płakać mi się chciało. Naprawdę ją polubiłam. Kiedy podjechał autobus, czas zaczął pędzić jak szalony. Podróż do Helsinek minęła błyskawicznie, podobnie lot do Polski i droga do domu. O całym pobycie tutaj już nie wspomnę :) ale zawsze tak jest jak jesteśmy razem.

 Finlandia z lotu ptaka...
...i Polska :)

Podsumowując, pojechałam do kraju, który nie rozpieszczał i nie rozpieszcza swoich mieszkańców. Zobaczyłam ludzi ambitnych, wytrwałych i dążących do szczęścia. Potrafiących obrać cel i trzymać się go. Ludzi szanujących siebie nawzajem i miejsce, w którym przyszli na świat. Ludzi, którzy przede wszystkim akceptują i szanują wszystko wokół. I którym po prostu się chce. Bawić. Kształcić. Pracować. I żyć. Którzy dobrze wiedzą, że narzekanie jest łatwe, ale puste i to właśnie ciężko pracą mogą osiągnąć, może nie wszystko, ale z pewnością wiele. Za to powinniśmy ich podziwiać i z nich brać przykład. Za to ich szanuję i lubię. A jednego nawet kocham ;)