wtorek, 27 września 2016

Fiński dla obcokrajowców w Finlandii - pierwszy miesiąc nauki, wzloty i upadki.

Jezioro Näsijärvi
Już ponad półtora miesiąca jestem w (jeszcze niezimnej i nieciemnej) Finlandii. Zaraz, zaraz, już? Jakie już? Półtora miesiąca to wcale nie tak długo! Owszem, ogólnie rzecz ujmując może to krótko, ale mi jednak nadal towarzyszy poczucie, że przyjechałam tu jakiś... tydzień temu? Dni mijają mi w błyskawicznym tempie, dopiero kiedy pomyślę o tym jak wyglądało nasze mieszkanie kiedy przyjechaliśmy z Polski i ile udało nam się do tej pory zrobić, zdaję sobie sprawę, że nie bez powodu czas ucieka mi przez palce. Codziennie dzieje się coś nowego, urządzamy swoje cztery kąty, a także (i przede wszystkim!) uczymy się siebie nawzajem. Oprócz tego, jak wiecie z poprzedniego postu, zapisałam się na kurs językowy, co, jak większość rzeczy w moim życiu, nie obyło się bez przygód. Co się stało i jak radzę sobie z fińskim w Finlandii?

Przyznaję, na dzień dobry trochę zawaliłam z kursem. Szkoła, która organizuje różnego rodzaju kursy ma w swojej ofercie fiński dla obcokrajowców nauczany w Tampere w 3 miejscach, na 3 różne sposoby. Pierwsze miejsce to tzw. dzielnica skupiająca studentów i imigrantów, daleko od centrum. Tam oferowany jest kurs bezpłatny, z wolnym tempem nauczania i przeznaczony jest on tylko dla kobiet. Myślę, że takie warunki pojawiły się głównie ze względu na imigranckie otoczenie z przeważającą częścią rodzin muzułmańskich w tej dzielnicy. Przez to że mieszkamy w centrum Tampere, ta opcja dla mnie odpadała. 
Drugie miejsce to zachodnie obrzeża miasta, kurs płatny, także z wolnym tempem nauczania, ale już zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn. Miejsce oddalone od naszego mieszkania o 3km. Zarówno w pierwszej jak i drugiej lokalizacji zajęcia odbywają się dwa razy w tygodniu i trwają w sumie 4 godziny.
Trzecia lokalizacja to ścisłe centrum miasta, kurs także płatny, cena wyższa od tej za poprzednią opcję, ale za to kurs ma tzw. szybkie tempo. Przeznaczony jest także dla grupy mieszanej. Zajęcia podobnie jak w poprzednich miejscach, dwa razy w tygodniu, ale ich czas jest wydłużony i w sumie wynosi 6 godzin tygodniowo.
O co chodzi z tym tempem nauczania?
A o to, że wszystkie grupy zaczynają przygodę z językiem od zera, mają ten sam podręcznik, liczący w sumie 9 rozdziałów, a kursy kończą się na przełomie listopada i grudnia. Sęk w tym, że tylko grupa "przyspieszona" zrealizuje cały podręcznik w ciągu tych 3 miesięcy. Pozostałe dwie zrealizują tylko 5 pierwszych rozdziałów, później muszą zapisać się na drugą część kursu (trwającą tyle samo i kosztującą też tyle samo co wcześniej). Podsumowując: opcje wolniejsze początkowo wypadają taniej, ale w gruncie rzeczy za realizację tego samego materiału płacimy x2 i spędzamy nad tym samym podręcznikiem 2x więcej czasu.
A co ja zrobiłam?
Początkowo, jako osoba z mocno zaniżoną pewnością siebie i nieufająca swojej wiedzy i możliwościom, upatrzyłam sobie kurs wolniejszy, 3km od naszego mieszkania. Rejestracja na kursy zaczęła się 23go sierpnia. Wtedy też pojawiło się więcej szczegółów dotyczących poszczególnych kursów i dowiedziałam się, że moja "upatrzona" grupa zakończy tą część kursu dopiero na 5tym rozdziale podręcznika. Trochę mnie to zaskoczyło, bo od stycznia planowałam podjęcie bardziej zaawansowanego kursu, a tym sposobem wszystko mocno by się opóźniło. Wtedy też pojawiła się myśl, że może warto spróbować swoich możliwości w grupie w centrum, która szybciej realizuje materiał. Ciągle jednak bałam się czy aby na pewno sobie poradzę. I tutaj popełniłam błąd, po którym długo czułam gorycz. Stwierdziłam, że nie ma co podejmować decyzji na chybcika i zaczekam aż mój chłopak wróci z pracy i razem przedyskutujemy, która opcja będzie lepsza. W tym miejscu zaznaczę, że rejestracji można było dokonać telefonicznie lub online, a ja, jako osoba mocno preferująca kontakt z człowiekiem niż maszyną, zafiksowałam się na rejestrację telefoniczną, o opcji online totalnie zapominając. Miałam też trochę pytań, na które formularz online raczej by mi nie odpowiedział. K. z pracy wrócił późnym popołudniem, kiedy już rejestracja telefoniczna była niemożliwa. Przynajmniej zdecydowaliśmy, że szybszy kurs to opcja dla mnie.
Czemu zawaliłam?
Po prostu, bo jestem głupia. Następnego dnia, punktualnie o godzinie otwarcia rejestracji, zadzwoniłam do szkoły i pełna zapału do pracy zaczęłam rozmawiać z miłym panem. Miły pan jednym zdaniem wylał wiadro lodowatej wody na całą moją pozytywną energię i zapał: wolnych miejsc na moim Nowym Upatrzonym Wymarzonym Kursie już nie było.
-Jest jakaś lista rezerwowa do tej grupy?
-Tak, byłaby pani trzecia, hehe.
-A tak szczerze, jakie są szanse, że miejsca mogą się zwolnić i będę w tej grupie?
-Szczerze mówiąc, marne, rzadko się to zdarza, hehe. Może jakieś 20% szans, heh.
W tym momencie kilka niecenzuralnych myśli pod własnym adresem przeleciało mi w głowie.
Ale oczywiście, to nie był koniec. Po wypytaniu miłego pana jakie mam opcje do wyboru i jak prezentuje się sytuacja w grupie wolniejszej Upatrzonej Wcześniej, skończyłam rozmowę i zaczęłam myśleć intensywnie co robić. Przejrzałam kursy szukając podobnej, szybszej opcji i przy okazji zobaczyłam, że Nowy Upatrzony Wymarzony Kurs był JEDYNYM, na którym miejsca były już zapełnione. Just my luck, innit? Oczywistą oczywistością było też to, że innych podobnych szybszych kursów nie było. Godząc się z myślą, że za błędy trzeba płacić, w tym przypadku i mamoną, i czasem, zdecydowałam zapisać się na wolniejszy kurs 3km od naszego mieszkania, ale zapytania czy w tym wypadku mogę też być na liście rezerwowej do grupy szybszej. Z miłym panem rozmawiałam ponownie jakieś pół godziny poprzedniej rozmowie. Pan dobrze mnie jeszcze pamiętał, hmm ;)
-Oczywiście, że może się pani zapisać do jednej grupy, a być na liście rezerwowej do innej.
-Świetnie! Czy teraz też jestem trzecia na liście rezerwowej, czy już dwudziesta piąta?
-Hehehe, nie, nie, ale będzie pani czwarta, hehe.
I tym sposobem pozostałam czwarta. Początkowo z niecierpliwością czekałam na wiadomość ze szkoły i miałam nadzieję, że jednak uda mi się rozpocząć kurs z szybszą grupą w centrum, ale wiadomości nie było. Poszłam więc na zajęcia z grupą wolniejszą, dwa razy w tygodniu zmierzając brzegiem jeziora Näsijärvi, łącznie przemierzając ok. 6km. 
Näsijärvi
Tempo faktycznie było pooowooolne, a dzięki wcześniejszej zabawie z fińskim i próbach samodzielnego opanowania tego języka, pierwsze lekcje niczym mnie nie zaskoczyły. Mimo to kontakt z językiem i ludźmi, plus fakt, że nauczycielka cały czas mówiła do nas po fińsku (a ja rozumiałam!), wszystko to sprawiało mi nieopisaną radość i satysfakcję. 
Głupi jednak miewa szczęście...
I kiedy już zaczęłam się aklimatyzować w grupie, dostałam maila. Zwolniło się miejsce. Mogę przyjść na zajęcia już dzisiaj, ale muszę tylko potwierdzić, że biorę to miejsce.
Biorę? Biorę!
Dopiero kiedy ochoczo potwierdziłam swoje przeniesienie dopadły mnie typowe myśli: Czy ja sobie poradzę? Byłam w wolniejszej grupie, więc to jasne, że wszystko rozumiałam! A co jeśli teraz się nie wyrobię z materiałem? Z czasem będzie tylko gorzej. A co, jeśli są już w połowie podręcznika? A co jeśli nie znajdę budynku? Wiecie, taki standard dla osób, których pewność siebie jest na poziomie minus pięć. Trochę z drżącym sercem poszłam na pierwsze zajęcia w nowej grupie. I okazało się, że nie taki diabeł straszny! Wszyscy przecież przygodę z fińskim zaczynamy od zera :) Już na pierwszej lekcji poczułam, że to jest to i tempo jest dla mnie jak najbardziej odpowiednie, a po dwóch pierwszych lekcjach czułam się w tej grupie jak u siebie ;) W domu powoli zaczynamy też z K. mówić między sobą po fińsku. Oczywiście, póki co sklecam bardziej skomplikowane zdania na zasadzie "Kali jeść, Kali pić", a mój zasób słów jest mocno ograniczony, jednak z całą pewnością wykorzystuję ten swój niewielki słownik do maksimum ;) I przede wszystkim w tych domowych fińskich praktykach dokonałam czegoś dla mnie bardzo ważnego: przełamałam się i zaczęłam mówić w obecności swojego Fina w jego języku, co wcześniej było dla mnie wręcz niewykonalne. Przy wszystkich innych mogłam coś wydukać, przy nim - języka w gębie brak, że tak powiem. Nie-po-fińsku w każdym razie.

Katedra w Tampere
Uff, dziękuję Wam jeśli wytrwaliście do końca i cokolwiek zrozumieliście z tych moich chaotycznych opisów. Więcej zdjęć, a tym samym "apdejtów" na moim Instagramie, do którego śledzenia serdecznie Was zapraszam :)

Trzymajcie się ciepło i do następnego postu, pozdrawiam!