sobota, 5 grudnia 2015

Czasem słońce, czasem deszcz

Wiedziałam, że tak będzie jak tylko rozpoczął się rok akademicki, a kiedy chwilę później do zajęć na uczelni doszła praktyka w szkole, byłam już pewna, że nie będę miała ani chwili na blog. Niestety, nie myliłam się. Tym sposobem, zawinięta w koc, z laptopem na kolanach i kubkiem muminkowym zachęcająco parującym na stoliku obok, przychodzę do Was skruszona jak kruszonka na szarlotce. Haha, suchar taki.
W ciągu ostatnich dwóch miesięcy kilkakrotnie zabierałam się za pisanie tutaj, jednak za każdym razem coś innego zaprzątało moje myśli. Poza tym, nie przepadam za pisaniem bloga, gdy czeka na mnie tysiąc innych obowiązków, którym natychmiast muszę podołać.
Co się ze mną działo w październiku i listopadzie? Oj, wiele się działo.

Nowy rok akademicki, nowe przedmioty, wymagania, plus praktyka pedagogiczna w gimnazjum, która z tego względu, że realizowana w trybie nieciągłym, czyli razem z zajęciami na uczelni, trwała zamiast 3 tygodni - 2 miesiące. I tak uważam, że jestem w dobrej sytuacji, bo właśnie przez pracowanie na 200% w ostatnim czasie, udało mi się zrealizować wszystko w 8 tygodni, a niektórzy "męczą się" do stycznia.
Patrząc na wszystko z perspektywy czasu, był to bardzo gorący okres. Poniedziałki, wtorki i środowe poranki spędzałam w gimnazjum. Każdego dnia budziłam się najpóźniej o 5:30 i od tego momentu byłam na pełnych obrotach do późnego wieczoru. Środy dzieliłam między gimnazjum a uczelnię, kończąc lekcje ok. 10 rano, pędziłam do domu, żeby spakować rzeczy i zjeść coś szybko, po czym leciałam na busa, który zawoził mnie do Krakowa na zajęcia. Środowe popołudnia i wieczory spędzałam na uczelni, podobnie czwartki i piątki, w które budziłam się także o 5:30, żeby zdążyć na aerobik. Po zajęciach wracałam do mieszkania po południu i znowu - pakowanie i bieg na busa do domu, bo w sobotę korepetycje z uczniami. Niedziele były dniami, gdzie mogłam spać do której chciałam, a i tak zrywałam się o 6 i opracowywałam plan działania na cały dzień. Tzw. czas wolny spędzałam na przygotowywaniu lekcji i siebie na zajęcia na uczelnię, więc praktycznie czasu wolnego jako takiego nie miałam. I teraz to wszystko się skończyło. No, może nie wszystko, ale spora część - praktyki. Do szkoły wybieram się jeszcze w poniedziałek, na momencik, żeby zabrać formularz z oceną proponowaną od szkolnej opiekunki i żeby się pożegnać. 
Ale, ale... Narzekam sobie w najlepsze, a nic nie mówię o pozytywnych wydarzeniach! A dobrego dużo też się działo! Po pierwsze, praktyki będę wspominać (mimo wszystko) bardzo pozytywnie. Wycisnęłam z nich co tylko się dało, uczniowie mnie polubili, a ja ich, lekcje przebiegały w sympatycznej atmosferze i ogólnie bardzo miło się współpracowało na polu nauczyciel-uczeń. Po drugie, moja przyjaciółka została mamą i urodziła ślicznego synka! Zawsze mówiłam, że dzieci z listopada są najlepsze ;) A propos urodzin, właśnie w listopadzie przybył mi kolejny rok w metryce (stąd też moje słowa o listopadowych potomkach) i, nie żebym była materialistką, ale Skarb tak mnie zaskoczył prezentem, że przez kilka minut musiałam zbierać szczękę z podłogi. Wyobraźcie sobie: dzień jak co dzień, piątek, a więc wstaję o 5:30, o 6 odbieram telefon-pobudkę i pierwsze życzenia urodzinowe od Skarba, od 8:00 do 9:30 pocę się na aerobiku, zaraz po tym biegnę do "swojego" instytutu i siedzę na wyjątkowo nudnych zajęciach, ukradkiem pijąc tylko jogurt i walcząc z opadającymi powiekami do 13:00. Biegnę po takich zajęciach do mieszkania, pozwalając, by krakowski smog całkiem mnie już udusił, pakuję rzeczy, wskakuję do busa i przyjeżdżam do domu. Tam czeka na mnie symboliczny kwiatek i niewielki torcik z cukierni. Ani trochę nie jestem w nastroju do świętowania, dlatego że jedyna osoba, z którą faktycznie chciałabym spędzić ten dzień jest w Finlandii. Wchodzę do swojego pokoju i na biurku znajduję paczkę. Widzę taśmę Amazona i domyślam się co może być w środku, jednak do końca przekonuję siebie, że Skarb nie jest takim wariatem. Cholera, jest. W środku znajduję nowiutkiego, pachnącego Kindle. I szczęka mi opada. Kilka miesięcy wcześniej rozmawialiśmy o czytnikach e-booków, Skarb wybierał wtedy jednego dla siebie i pytał mnie (teraz już wiem, że podstępnie) o opinię, a teraz postanowił sprezentować mi taki sam model, tylko w etui innego koloru "żeby nam się nie myliły jak zamieszkamy razem" <3 I nie chodzi mi w tym o to co kupił i że był to jeden z najbardziej trafionych prezentów ever, ale o to, jak dobrze mnie zna, rozumie i wie co wyjątkowo może mi się przydać i z czego naprawdę się ucieszę. Właśnie to miało i ma dla mnie tak ogromne znaczenie, to poczucie, że mimo odległości dzielącej nas na co dzień, K. jest jedyną osobą, która najlepiej mnie zna i stara się mnie uszczęśliwić nie dlatego, że tak trzeba, bo tego wymaga sytuacja, ale dlatego że kocha i mu zależy na tym szczęściu. 
Ech, miało być już wesoło, a znowu trochę się żalę. 
Mam ostatnio lekkiego doła i stan ten trochę już się przedłuża, co bywa męczące, wybaczcie.
Co jeszcze z dobrych wiadomości? W listopadzie wyszła druga solowa płyta Dawida Podsiadło, Annoyance & Disappointment, którą udało mi się parę dni temu wygrać razem z innymi wartościowymi rzeczami! Nie mogę doczekać się przesyłki! Miałam już okazję przesłuchać tej płyty i gorąco Was zachęcam, żebyście też to zrobili, nie pożałujecie! :)
Kolejną przesyłką, na którą czekam niecierpliwie, bo już od 23go października, jest paczuszka z perfumami Nicole. Pewnie wiele z blogerek urodowo-kosmetycznych miało już przyjemność z tą firmą, a przynajmniej o niej słyszało. Obowiązków mają sporo, tak więc długo każą na siebie czekać. Mi pozostaje tylko uzbroić się w cierpliwość i mieć nadzieję, że produkt okaże się tego wart. Takich rzeczy, na które czekam, znalazłoby się więcej, jednak póki co cicho-sza! Nie chcę zapeszać :) Uciekam, pozdrawiam Was serdecznie i gratuluję, jeżeli dotrwaliście do końca postu. Następnym razem może będzie nieco kosmetycznie :) I z pewnością nie każę Wam czekać na post tak długo jak teraz :) Do usłyszenia!