środa, 13 stycznia 2016

smutno.

Właściwie to nie wiem jak zacząć, ale wiem, że muszę się wyżalić. Lub wypłakać, jak kto woli. Niedobrze mi. Niedobrze fizycznie i niedobrze psychicznie. Mam wrażenie, że boli mnie każda komórka ciała. Cholera. Nienawidzę dzisiejszego dnia. Nienawidzę lotniska, na którym znowu musieliśmy się pożegnać, na którym po raz kolejny poczułam kłucie w oczach, zaraz po czym zaczęłam płakać jak dziecko. Nienawidzę guli w gardle, którą mam od dobrych paru dni. Nawet pudełko z chusteczkami, po które ciągle muszę sięgać, działa mi na nerwy. A najbardziej nienawidzę siebie, że z taką łatwością pozwalam, by targały mną emocje.




To były wspaniałe dwa tygodnie. Odbiór bagażu nieco się opóźniał i chwilę dłużej musiałam czekać na K. Mama razem ze mną, tak samo nie mogła się doczekać. Drzwi co jakiś czas się rozsuwały i w pewnym momencie się zobaczyliśmy. Przez kilka sekund, oddzieleni barierką, na odległości ok. 20 metrów, ale na żywo. W tym samym kraju, w tym samym budynku. Pierwszy raz po prawie 5ciu miesiącach rozłąki, kiedy musiał nam wystarczyć Skype, WhatsApp, Telegram i telefon. I nareszcie jest. Dotyk. Zapach. Smak. Ciepło. Mój Mężczyzna.
Zawsze odnoszę wrażenie, że kiedy tylko przytulimy się na lotnisku, wpadamy w inną rzeczywistość, gdzie czas upływa pięć razy szybciej i ani się nie obejrzymy, kiedy znowu musimy się rozstać. 
W domu cieszyliśmy się sobą przez 2 dni. W czwartek pojechaliśmy do Krakowa, gdzie razem świętowaliśmy nasz trzeci wspólny Sylwester. W pierwszy dzień Nowego Roku wybraliśmy się na dłuuugi spacer po Grodzie Kraka :)




Do domu wróciliśmy w sobotę, żeby spędzić trochę czasu z rodziną, poleniuchować i w kolejny czwartek wyruszyć do Cieszyna. Podobnie jak pobyt w Krakowie, kolejna wycieczka odbyła się w bardzo-naszym stylu - dobrze zaplanowana, z odpowiednim zabezpieczeniem (czyt. komputer na wypadek awaryjnego szukania miejscówek/nagłego pogorszenia pogody=oglądania filmów) i drobnymi niespodziankami od losu. Otóż... Wstaliśmy rano wg naszego dobrze opracowanego planu, ja wrzucałam jeszcze ostatnie rzeczy do plecaka, K. zabrał się za pościelenie łóżka.. No i bach - nagle jęczy i nie może się wyprostować. Tak mu się spieszyło, że nie porozciągał się po przebudzeniu i naciągnął sobie mięsień. Postawiłam wycieczkę pod dużym znakiem zapytania, ale on się upierał, żebyśmy jechali i że damy radę. Tjaa, biedny Fin chyba zapomniał co to znaczy podróż autobusem po polskich drogach z bólem pleców. Jakimś cudem dojechaliśmy do Cieszyna, który przywitał nas mgłą tak przeźroczystą jak mleko.

W hotelu okazało się, że K., który tym razem rezerwował hotele, chciał zaszaleć i zarezerwował dla nas apartament. Później chciałam od niego wyciągnąć czy faktycznie by pojechał z bólem pleców gdyby nie ta apartamentowa niespodzianka, ale nie dał się - upierał się, że tak, więc odpuściłam. Po obiedzie poszliśmy na mały "przymusowy" spacer w poszukiwaniu apteki, bo musieliśmy zaopatrzyć K. w Voltaren, a mnie w plastry Compeed, bo oczywiście założyłam nowe buty, które malowniczo zmasakrowały mi pięty, więc jeżeli ktoś był w zeszłym tygodniu w Cieszynie i miał okazję napotkać na swej drodze dwie pokraki, jedną płci męskiej, drugą żeńskiej, istnieje duże prawdopodobieństwo, że to my. Na szczęście aptekę znaleźliśmy, następnego dnia już trochę odżyliśmy i wybraliśmy się na zwiedzanie. Pogodę mieliśmy idealną - ani śladu po mgle, za to wszystko pokryte świeżą warstwą białego puchu, bajka!
Rynek w Cieszynie
Kamienice na rynku cieszyńskim
Ratusz w Cieszynie

Baszta
'Kluczyk' do baszty :D
Wieża, kolejna którą zdobyliśmy :)
Widok na czeską stronę miasta
Urzekło mnie światło :)
Przeszliśmy pół miasta i zawędrowaliśmy na czeską stronę - tak mieliśmy w planach. Przyznaję, że oboje napaliliśmy się na ten Czeski Cieszyn jak Reksio na szynkę i trochę się zawiedliśmy... Na ulicy Głównej na co drugiej wystawie butelki z alkoholem, pokryte grubą warstwą kurzu, chyba jeszcze pamiętającego poprzednią dekadę, na dodatek z etykietkami wypalonymi od słońca.
Widać, że to Czechy... ;)

Skarb się ucieszył na widok fińskich specjałów ;) Wybaczcie, ale szyby w tych sklepach były koszmarnie brudne :/

Skręciliśmy gdzieś w poszukiwaniu knajpki, ale wszystko jakieś brudne, śmierdzące, podejrzane i dziwnie wyludnione. K. stwierdził, że to niesamowite jak po przekroczeniu mostu nawet atmosfera się zmieniła.
Rynek po czeskiej stronie
Wróciliśmy szybko na polską stronę i zaczepiliśmy się w przytulnej kawiarni, gdzie K. swoim zwyczajem zamówił regionalne piwo, a ja, także swoim zwyczajem, zatapiałam usta w gorącej czekoladzie. Następnie obiad w nie-wiedzieć-czemu gorąco polecanej na forach restauracji, szybkie zakupy w Biedronce i siup do naszego apartamentu. Do tej pory mamy ubaw, że "pierwsze apartament, później zakupy w Biedrze" :D Ech, mimo tej czeskiej strony i paskudnego obiadu w centrum, Cieszyn bardzo miło wspominamy i planujemy kiedyś tam wrócić. 
Po powrocie do domu czas jeszcze bardziej przyspieszył.


Parę dni i już dzisiaj musieliśmy się pożegnać. Pół nocy przepłakałam. Rano zorientowałam się, że jak na niego nie patrzę, to jakoś gula w gardle lżejsza i łzy mi się nie cisną pod powieki. No to praktycznie w ogóle na niego nie patrzyłam. Do tej pory czuję się winna. A jemu jeszcze zawsze kiedy ma wracać, włącza się ten nastrój, gdzie ciągle mnie pyta jak się czuję i czy będę za nim tęsknić. Nie, kurde, w ogóle. Dzisiaj jeszcze wracaliśmy razem, K. do Finlandii, ja do Krakowa, więc pakowaliśmy się razem. Po raz trzeci w tym tygodniu, po raz pierwszy do osobnych walizek. Więc do pytań o samopoczucie i tęsknotę doszło jeszcze czy mam wszystko. Tu chciałam mu wręcz wykrzyczeć, że nie, cholera, najważniejszego nie mam - jego. Nie wiem jak, ale się powstrzymałam. Chyba przez tę gulę w gardle. W mieszkaniu poupychałam na szybko rzeczy w szafie i zaczęłam monitorować jego lot. Gapiłam się na malutki rysunek samolotu, z każdą chwilą coraz bardziej oddalającą się od Krakowa i ryczałam. Kiedy był nad Litwą stwierdziłam, że trzeba iść na zakupy, bo lodówka świeci pustkami i odżywki do włosów się skończyły. W Rossmannie z gulą w gardle kupiłam odżywkę, która mam w domu i której on używał. Nawet sami kilka dni wcześniej byliśmy w Rossmannie i kupiliśmy ją, żeby mógł używać w Finlandii. Ma po niej takie cudownie mięciutkie włosy. Wszystko mi go przypomina, chipsy i orzeszki w supermarkecie również. Nawet jak wracałam do mieszkania, jakiś facet obok odebrał telefon i mówił, że odbierze kogoś jutro z lotniska. I znowu gula, bo przecież ja sama odbierałam go zaledwie dwa tygodnie temu, a dzisiaj już go trzeba było odwieźć. To boli, tak okropnie boli.
Ciągle powtarzam sobie, że to jeszcze kilka miesięcy i zamieszkamy razem. I owszem, będziemy się rozstawać, on czasem musi jechać z pracy na cały dzień do innego miasta, może się tak złożyć, że będę musiała przylecieć do Polski sama. Ale będziemy wtedy razem. I będziemy wpadać gdzieś na krótko, żeby do siebie wrócić, nie na odwrót. Kilka miesięcy. Wytrzymaliśmy już prawie 3 lata, zostało ostatnie kilka miesięcy. Wytrzymamy.


PS. Na spacer po Cieszynie, typowo dla nas, zapomnieliśmy aparatu. Wszystkie zdjęcia mam na swoim telefonie, K. jeszcze ma podesłać mi swoje. Niebawem edytuję post i dodam zdjęcia także z tej wyprawy :)