czwartek, 18 lutego 2016

O wykorzystywaniu i uczeniu się asertywności

Jakiś czas temu przeczytałam krótki artykuł o zdarzeniach, z którymi prędzej czy później każdy filolog "obcy" ma do czynienia. Artykuł, o ile dobrze pamiętam, nie pochodził z żadnego popularnonaukowego źródła, podeszłam więc do niego z lekkim przymrużeniem oka. Rozbawiło mnie wtedy jak wiele rzeczy z listy faktycznie sprawdziło się w moim przypadku. Przytaczanie wszystkich nie ma teraz sensu, chciałabym odwołać się tylko do jednego punktu poruszonego w tamtym tekście, mianowicie, do wykorzystywania naszej - filologów - znajomości języka obcego przez naszych znajomych.
Oczywiście, na wstępie muszę zaznaczyć, że nie widzę nic złego w pomocy przy wszelkiego rodzaju tłumaczeniach, wyjaśnianiu zasad gramatycznych itepe itede. Zawsze uwielbiałam tłumaczyć, angażowałam się w mniejsze lub większe projekty tłumaczeniowe, pomagałam znajomym przekładać różnego rodzaju teksty, także takie, w których potrzebne było słownictwo specjalistyczne, z dziedzin niekoniecznie mi znanych. Potrafiłam wtedy godzinami szukać, czytać i zgłębiać informacje na dany temat, często tylko po to, żeby przetłumaczyć dobrze parę zdań. I, mimo że na studiach wybrałam specjalność nauczycielską, nie przekładoznawczą, zamiłowanie i styczność z translatoryką pozostała, z czego bardzo się cieszę. Są jednak sytuacje, gdzie moja cierpliwość zostaje wystawiona na ciężką próbę i muszę naprawdę mocno zacisnąć zęby, żeby nie wypuścić słów, które cisną mi się na język i którym z pewnością narobiłabym niezłego bigosu.

Właśnie wczoraj taka sytuacja miała miejsce. Dzień był długi, bo dla mnie rozpoczął się już o 5-tej rano, więc kiedy w końcu wieczorem mogłam usiąść przed laptopem, o niczym innym nie marzyłam, tylko o Skype z moim Skarbem. I wtedy na komunikatorze wyświetliła się wiadomość od mojej dalszej znajomej. Specjalnie określam ją mianem dalszej znajomej, bo naprawdę, nie jest to osoba, którą byśmy dobrze się znały lub utrzymywały bliższy kontakt. W wiadomości pytanie czy mam chwilkę. "No, chwilkę mam..." - pomyślałam i napisałam twierdzącą odpowiedź. I poszło... Jest nagranie, tu pytania, ona nie da rady się skupić bidulka, a ja znam Inglisz 'perfetto'. "No spoko", myślę sobie, "jest po 22, u K. jest godzinę do przodu, więc za długo pewnie nie pogadamy, bo rano musi wstać wcześnie do pracy, chwilę pogadamy, rano wstanę wcześniej i popatrzę na to nagranie". Tu pominę już fakt, że prosto z mostu wysłała mi do odwalenia całą pracę na zaliczenie lektoratu na studiach, a ja na takie rzeczy mam alergię od zawsze, więc już trochę mi się gorąco zrobiło. Zapytałam czy ma w pliku nagranie. Nie ma. Nie da się wysłać. Podaje mi swoje dane do platformy e-learningowej swojej uczelni, gdzie trochę muszę błądzić żeby znaleźć właściwy plik. Jest nagranie. Dosyć długie i na temat, z którego jestem zielona. Super, tłumy wiwatują, mi oczy się kleją i marzę tylko o tym, żeby usłyszeć jak Skarbowi minął dzień. Pytam znajomą na kiedy to potrzebuje. "Na wczoraj :D" - odpowiada ucieszona. Myśląc, że to żart i próbując delikatnie zakomunikować, że ja też mam swoje życie i inne zajęcia, poza tym jest dosyć późno, negocjuję pisząc, że jutro rano postaram się to ogarnąć. "Noo, ja myślałam, że dasz radę dzisiaj;>". 

Nożkurencjachatencja, sic? 

Negocjacje trwały jeszcze kilka chwil. Smutne emotki i wielokropki wzięły w nich czynny udział. Nie dałam się. Kurde. Śmierdzącym, rzuć-wszystko-i-odwal-za-mnie-pracę leniom mówię stanowcze nie. A szczególnie takim osobom jak ta, która od przeszło tygodnia balowała w stolycy na imprezach, po czym narzekała na niemożność skupienia się na zrobieniu zadania samodzielnie i próbowała miłymi słówkami i smutnymi emotkami namówić mnie na, nazwijmy rzecz po imieniu, odwalenie pracy za nią. Nie. Nie! NIE!

Przepraszam za te, być może lekko przerysowane, emocje. Ja po prostu nie trawię takiego zachowania. Narzekamy na nasz system edukacji, że coś jest nie tak, że ludzie kończą szkołę średnią i nie potrafią porozumieć się w języku obcym. Że wstyd. A, kurczę, takie akcje nie są powodem do wstydu? Tego typu kombinowanie i wyręczanie się, obok tłumaczeń, że nie ma się głowy do języków, jest na porządku dziennym. OK, system nie jest idealny, uważam, że w wielu szkołach równowaga między nauczaniem gramatyki i ćwiczeniem mówienia jest zaburzona, ale prawda jest taka, że jeżeli człowiek faktycznie chce to potrafi opanować język obcy, szczególnie język angielski, który jest wszechobecny we wszystkich mediach. I nie trzeba być humanistą żeby to zrobić, a z taką wymówką też się spotkałam. Największym problemem w nauce języka obcego są ludzie i ich podejście do nauki. Chcą wszystko od razu i brakuje im pokory w tym, co robią. Boją się popełniania błędów i to tworzy w ich głowach blokadę, często nie do przeskoczenia. A to wszystko głupota. Chcąc nauczyć się jakiegokolwiek języka obcego, pierwszą rzeczą z jaką musimy się oswoić, to właśnie akceptacja faktu, że będziemy popełniać błędy. Inni mogą nas poprawiać, w zależności od tego, na kogo trafimy, możemy też spotkać się z wyśmiewaniem i na to trzeba się uodpornić. Kolejną rzeczą, z którą trzeba się oswoić, jest długotrwałość tego procesu. Języki nieustannie ewoluują, pojawiają się nowe słowa, określenia, za którymi trzeba nadążyć. Poza tym, nie będziemy płynnie "śmigać" po kilku tygodniach nauki. I najważniejsze, coś, co osobiście nazywam zdolnością "elastycznego myślenia" - czyli zrozumienie, mam nadzieję że dla wielu z Was oczywiste, że nie wszystko da się tłumaczyć dosłownie z języka rodzimego na obcy i odwrotnie. I nie tyle chodzi mi tu o słówka, ale także struktury gramatyczne. Do tego dochodzi jeszcze analityczne, krytyczne podejście do języka ojczystego, w którym możemy popełniać błędy nawet nie zdając sobie z tego sprawy, a później powielać je w języku obcym. Jednym z wielu przykładów jest wyrażenie "zdawać egzamin", używane gdy na myśli mamy po prostu PODEJŚCIE do egzaminu. Tym sposobem tłumacząc je na angielski może nam się wymsknąć "pass an exam" zamiast "take an exam", a sami musicie przyznać, że różnica w znaczeniu zmienia wtedy sens wypowiedzi ;)

Jeszcze jedno słowo wyjaśnienia: nie chcę tutaj robić z siebie na siłę eksperta językowego, bo zwyczajnie nim nie jestem. Sama robiłam wiele błędów i pewnie niejedna wpadka językowa jeszcze przede mną, ale najważniejsze jest to, że nie poddaję się, wyciągam wnioski z każdej pomyłki i ciągle się uczę. Nie było łatwo, ale wyrobiłam w sobie pokorę w uczeniu się i popełnianiu błędów, cierpliwość i docenianie każdego, nawet niewielkiego, sukcesu.
Tyle dziś ode mnie. Przepraszam za chaotyczność mojej wypowiedzi, gratuluję jeśli dotrwaliście do końca postu i życzę Wam wytrwałości oraz pokory w nauce języków obcych. A wszystkich tych, którzy mają tendencję do wyśmiewania się z językowych pomyłek innych, żegnam słowami H. Jacksona Browna, juniora: "Never make fun of someone who speaks broken English. It means they know another language".